Ziemowit Szczerek “Siódemka”

Jeden z siedmiu cudów siódemki według Szczerka. Mówiąc szczerze, zawsze mnie korciło, aby się tam zatrzymać.

Jeden z siedmiu cudów siódemki według Szczerka. Mówiąc szczerze zawsze mnie korciło, aby się tam zatrzymać.

Droga krajowa numer siedem, droga łącząca Kraków z Warszawą. Szlak komunikacyjny z setkami lat historii, milionami ludzi, którzy przez wieki przebyli tę trasę. I ja również ją przebywam. Co prawda odbijam zaraz za Skarżyskiem, ale i tak znam ją jak własną kieszeń. Wiem, że w Antolce bardzo często stoją niebieskie misie, pamiętam, aby przed Chęcinami rozejrzeć się i odnaleźć zamek, często korzystam z drugiego pasa do wyprzedzania tak zwanej mijanki, by choć trochę przyspieszyć powrót do domów. Tak moi Drodzy dobrze przeczytaliście: do domów. Albowiem gdy opuszczam Kraków jadę do rodzinnego domu, ale gdy opuszczam dom rodzinny jadę do swojego krakowskiego domu.

Continue reading

Tomasz Kołodziejczak “Kolory sztandarów”

Takie tam kosmiczne obrazki. Źródło: http://mask1985.deviantart.com/art/The-Ship-370904929

Takie tam kosmiczne obrazki. Źródło: http://mask1985.deviantart.com/art/The-Ship-370904929

Czasem zastanawiam się jakim cudem ja niektórych książek nie czytałem, ba! Nawet o nich nie słyszałem. A przecież jestem takim wyrobionym czytaczem (piszę to z przekąsem), że nic mnie już nie zaskoczy. A tu masz! Jestem częściej zaskakiwany niż bym się spodziewał. Co jest bardzo, ale to bardzo miłym uczuciem.

Continue reading

Henry Kuttner “Księżycowe Hollywood”

Krwiożercza ośmiornica z Plutona dobierze się Wam do tyłków! Źródło: http://www.darkroastedblend.com/2008/10/grand-old-times-in-future.html

Krwiożercza ośmiornica z Plutona dobierze się Wam do tyłków! Źródło: http://www.darkroastedblend.com/2008/10/grand-old-times-in-future.html

Układ Słoneczny kipiący życiem? Każda planeta, ba! Każda większa asteroida zasiedlona przez niesamowite, niewyobrażalne stworzenia? Marsjańskie plemiona nomadów, inteligentne istoty z Tytana i obrzydliwe, niebezpieczne stworzenia z radioaktywnego Plutona. A między tym wszystkim wścibscy ludzie, którzy wszędzie wcisną swoją obrzydliwą w dodatku „amerykancką” „way of life”. Czy to możliwie? W uniwersum wykreowanym przez Kuttnera oczywiście, że tak.

Czytaj dalej->

Andrzej Pilipiuk “Carska manierka”

Niemiecki jeniec wojenny uczy się "kazaczoka". Sytuacja niezupełnie taka jak w opowiadaniu Pilipiuka, ale uważam, że całkiem fajna.

Niemiecki jeniec wojenny uczy się “kazaczoka”. Sytuacja niezupełnie taka jak w opowiadaniu Pilipiuka, ale uważam, że całkiem ciekawa fotografia to jest. 1915

Zaraz po przeczytaniu „Szewca…” zabrałem się za „Carską manierkę”. Dobry to był pomysł, bo na świeżo wciąż miałem bohaterów opowiadań z poprzedniego zbioru, a w „Carskiej…” okoliczności przyrody i osoby, które w tych okolicznościach (przyrody) występują są takie same.

Czytaj dalej->

Andrzej Pilipiuk “Szewc z Lichtenrade”

szewc

Zdjęcie pasuje klimatem do opowieści Pilipiuka. Źródło: Flickr The Commons

Padnie zaraz tutaj na mym blogu nieśmiertelne pytanie: Jak w Nowym Roku? Ja już toksyny z organizmu wydaliłem, odpocząłem i nadrabiam zaległości związane z opisaniem przeczytanych książek. Zaczynamy! Aha i wybaczcie brak życzeń – zwyczajnie od sieci byłem odcięty. Dlatego teraz Wam składam proste, ale szczere – Niech się Wam darzy!

Czytaj dalej->

Bajka o tym jak powstał dziennikarz.

Znalazłem taki dość zabawny fragment w jednym z numerów “Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z roku 1923. Przytaczam Wam moi drodzy anegdotkę o powstaniu zawodu dziennikarza. Ile w tym prawdy osądźcie sami:) Zwróćcie również uwagę na przymioty jakie charakteryzują poszczególne zawody.

Czytaj dalej->

Philip Francis Nowlan “Armageddon 2419 A. D.”

armageddonPubliczna domena to naprawdę cudowna idea, która napełnia często serce me otuchą i nadzieją w gatunek ludzki. Na przykład taki Projekt Gutenberg http://www.gutenberg.org/, gdzie można czerpać garściami z nieprzebranej ilości dzieł autorów sprzed wielu lat. Na stronie projektu znajduje się całkiem sporo amerykańskiej klasyki z gatunku science – fiction z początku wieku dwudziestego. Co najlepsze te książki są w różnych formatach! Można sobie bez problemu pobrać na czytnik świetnie i profesjonalnie przygotowaną wersję i czytać. Cudo!

I czasem mnie coś natchnie coby sobie poszperać. „Armageddon 2419 A. D.” to nowelka, która ukazała się po raz pierwszy w roku 1928 w magazynie Amazing stories. Później główny bohater “Armageddonu…” stał się Buckiem Rogersem. Znanym superbohaterem z komiksów i filmów i serialu. Ale ja go za cholerę nie kojarzę.

W skrócie o fabule: Rogers Anthony weteran pierwszej wojny światowej i inżynier podczas badania kopalni w stanie Pensylwania zatruwa się radioaktywnymi wyziewami. Chłop budzi się prawie 500 lat później, w nowym i nieznanym świecie. Okazuje się, że USA już nie ma; zostały pokonane przez potomków Mongołów i Chińczyków, a dumny niegdyś naród amerykański żyje rozproszony w puszczach jakie porastają niemalże cały kontynent. Hanowie, bo tak nazywają się najeźdźcy mieszkają w dawnych amerykańskich miastach i poruszają się w swoich ogromnych maszynach kroczących. Całkowicie dominują w powietrzu.  Rogers spotyka przyjazny klan amerykański (w oryginale gang) i dzięki swojej dwudziestowiecznej wiedzy militarnej rozpoczyna wojnę o niepodległość.

Potomkowie Amerykanów, chociaż żyją w lasach wcale nie są prymitywni. Mają różne wynalazki typu pasy antygrawitacyjne, komunikację naziemną dzięki hełmofonom, bazooki i tym podobne sprzęty. Ich problemem jest nadmierne rozproszenie i skonfliktowanie. Jednak Rogers staje się tym czynnikiem, który poprowadzi do zrywu przeciw Hanom. Tak zwanej „Drugiej wojny o niepodległość”. Pomocna się okaże degeneracja rasy Hanów, którzy zgnuśnieli i stali się straszliwie leniwi i wygodni.

Książkę, a raczej nowelkę czytało mi się szybko i z zainteresowaniem. Nie zauważyłem jakichś większych problemów z angielskim sprzed osiemdziesięciu lat. No chyba, że „Projekt Gutenberg” uwspółcześnił warstwę tekstową. Ciekawe są poczynione obserwacje Rogersa dotyczące stosunków społecznych w „gangach”. Panuje emancypacja, małżeństwa to wspólne kontrakty, pruderyjnego kolesia z pierwszej połowy dwudziestego wieku zadziwia wyzwolenie i otwartość w sprawach seksu.

Szkoda, że to dziełko nie jest znane u nas. To jedna z pozycji, z której czerpano wielokrotnie i można w niej odnaleźć całkiem sporo później wykorzystywanych wątków i motywów przez wielu pisarzy science – fiction. Nawet jeśli należy to tak zwanej pulp fiction.

P. S. Dzisiaj helołin! Bawcie się dobrze. A ja znalazłem na stronie http://961wodz.com. Przepis na halołinowy drink o nazwie CMENTARZ.

Składniki:

– ćwierć litra Triple sec (to podobno jakiś likier jest) także możecie dać tutaj jakiś swojski likierek

– ćwierć litra Bacardi 151 proof rum

– ćwierć litra czystej wódki

– ćwierć litra Ginu

– ćwierć litra Tequilli

– ćwierć litra burbon

– ćwierć litra whisky

– piwko

– porter

Przygotowanie:

Mieszamy likier, wódkę, gin, tequillę, rum później whisky i burbon w takich samych proporcjach (oczywiście nie musicie wlewać od razu całych ćwiartek:) A na wierzch pół piwka i pół portera.

 

Ciekawym jak ten CMENTARZ smakuje. Może sprawdzę w weekend, bo dzisiaj za bardzo nie mogę:)

Andrzej Pilipiuk “Wampir z MO”

IMAG0628Przygoda ma z Pilipiukiem dalej trwa. Czuję, że rymuję kiepsko i żałośnie, ale przez to ego mi rośnie.

Kontynuuję książki zaczęte przed rozmową z Andrzejem Pilipiukiem. „Wampir z MO” to zbiór opowiadań z bohaterami, których poznałem w „Wampirze z M-3”. Tamta książka towarzyszyła mi w pociągu, a ta pomagała mi spędzić kilka godzin w zaciszu domowym na krakowskich Azorach, gdzie skutecznie zagłuszała świst maczet i gromkie pokrzykiwania miejscowego elementu konsumującego alkohol z akcyzą i w ten sposób przyczyniającego się do wzrostu PKB Najjaśniejszej Rzeczyposopolitej. Żartuję, żartuję. Azory są naprawdę dobrym miejscem do mieszkania. Ciach! Świiissst! AŁA! Wracając do książki. Umiliła jeden wieczór, takie jej zadanie było, które spełniła i cóż mam więcej do dodania.

Pilipiuk świetnie (moim zdaniem) wykorzystał popkulturowe motywy i zaprzągł je do swojego świata, w którym wampiry muszą sobie radzić z uciążliwymi sąsiadami przy pomocy pewnej dziewczynki wyłażącej ze studni czy też muszą się przygotować na odwiedziny wampira ze zgniłego kapitalistycznego zachodu, który przeszedł na wegetarianizm, wysysa biedne sarenki i jest degeneratem, a w dodatku się błyszczy. Cały czas oczywiście nasi nieumarli “walczą” z Wydziałem “Z” esbecji i majorem Nefrytowem pragnącym raz na zawsze zlikwidować przeczące materialistycznej i racjonalistycznej ideologii państwowej zabobony. Ta walka raczej nie jest zbyt zacięta, gdyż major nie jest w ciemię bity i zdaje sobie sprawę, że jak raz na zawsze zlikwiduje zabobony to jemu zlikwidują Wydział “Z”. Także pozwala na istnienie podejrzanego elementu w ramach statusu quo.

Opowiadanka są raz dłuższe, raz krótsze (ano taką oczywistą oczywistością Wam tu pojechałem). Książka bardzo w stylu pilipiukowym to znaczy znajdują się tutaj zarówno jajcarskie i groteskowe wersje wielu mitów na temat wampirów, na przykład krwiopijca przemienia się w coś zupełnie niespotykanego zamiast w nietoperza, czy też nagle okazuje się, że chęć zaimponowania Hrabinie z odległej Francyji w myśl zasady zastaw się, a postaw się przyniesie wielkie rozczarowanie. Mamy także ciekawe opisy praskich kiziorów, którzy wampirów nie lubią, ale ich tolerują bo to wszak swojacy z jednej dzielnicy.

Zbiorek ciekawy, nie męczy zbytnio i jest w sam raz na poprawę humoru. W tej książce moim zdaniem Pilipiuk świetnie pogrywał sobie swoimi motywami i kliszami wziętymi z popkultury. Absurd i groteska rządzą. Zresztą Pilipiuk ma dar tworzenia i opisywania sytuacji w sposób prześmiewczy, humorystyczny. Co nie znaczy, że nie przebija się w nich czasem taki śmiech przez łzy, bo skoro jest, aż tak źle to trzeba się tylko i wyłącznie śmiać.

Oszust – literat, grafomaństwo i prawdziwa miłość…

Moi drodzy, często na łamach (w ogóle to dobre słowo?), na stronach tego mojego bloga wrzucałem Wam przypadki oszustów sprzed lat. Dzisiejszy wpis nie będzie wyjątkiem, chociaż cała sprawa ma otoczkę lekko uduchowioną, ocierającą się o bytowanie ze sztuką słowa pisanego i pokazuje jak duża w ludziach drzemała i drzemie potrzeba docenienia i zaistnienia na salonach. Przedstawiam Wam sprawę, w której literatura odgrywa dużą rolę, a sprawne manipulowanie kobiecymi duszami pozwala dorobić się pokaźnej sumki i znaleźć prawdziwą miłość (chyba)…

Ilustrowany Kuryer Codziennynr 291, 22 października 1926 roku.

IKC_1926_nr291_dn22X_oszust_literacko_małzenski

Oszust literacko-małżeński

Miał 12 narzeczonych, odczytywał ich utwory grafomańskie i… pożyczał od nich… pieniądze.

Paryż, 18 października.

“(—) Przed sądem w Paryżu stanął Maurycy Levet, wydawca czasopisma „La Poesie” dyrektor firmy wydawniczej „Przyszłość”, właściciel zamku Mesnil, oskarżony mianowicie o to, że ani czasopismo, ani firma wydawnicza nie egzystują zupełnie, a zamek w Mesnil zalicza się do t. zw. posiadłości na księżycu.

Maurycy Levet był zwykłym oszastem małżeńskim, naciągającym łatwowierne kobiety, albo raczej niezwykłym oszustem, albowiem uprawiał swój proceder przy pomocy literatury. Był on wale nie złym psychologiem i umiał grać z jednej strony na popędzie grafomańskim niektórych ludzi, z drugiej zaś strony na pragnieniach i tęsknotach kobiet, oczekujących od małżeństwa spełnienia swych tajemnic nadziei.

Levet grając na uczuciach erotyzmu i próżności, zarobił w jednym roku przeszło 100.000 franków, nie licząc wystawnych obiadów i miłych rendes-vous.

 Ten nieprzeciętny oszust rozpoczął z kapitałem zakładowym 300 franków. Ogłosił on konkurs poetycki dla pań na wiersz do swego czasopisma. Levet nie kazał przysyłać znaczków na odpowiedź, nie żądał żadnych opłat na formalności, poprostu chodziło mu o adresy. Wreszcie wyszukał sobie 20 pań, które może nie miały zdolności poetyckich, ale za to posiadały stanowczo pieniądze. Maurycy Levet złożył wszystkim wizyty, przyrzekł, że wszystkie nadesłane wiersze i dramaty będą wydrukowane i zaręczał się. Miał on równocześnie 12 narzeczonych, przyczem od każdej zaciągał większą pożyczkę.

Pewna starsza nauczycielka z Chantilly oddała mu swoje serce i 20.000 franków. Inna dama, wdowa w Lille, zaofiarowała na ołtarzu miłości i próżności papiery wartościowe na 50.000 franków i kilka stary i pięknych obrazów, mających zdobić salę przyjęć w zamku w Mesnil. Inne panie poza swymi manuskryptami dawały, po kilka, kilkanaście tysięcy franków. Pewna, biedna, stara panna, oddała rzekomemu narzeczonemu wszystkie swoje oszczędności  w kwocie 500 franków, dołączając do tego trzy grube zeszyty wypełnione wierszami. Ona była jedyną. której wiersz ukazał się istotnie w druku w małem, prowincjonalnem piśmie, co ją widocznie tak wzruszyło, że przed sądem oświadczyła, iż nie czuje się poszkodowaną, a p. Maurycego Levet stale kocha.

Za to inne oszukane kobiety wykazywały silne rozgoryczenie. Naogół odnosiło się wrażenie, że mniej im chodziło o zawiedzione nadzieje małżeńskie, jak o rozczarowanie dla ich ambicyj literackich. Jedna z narzeczonych Leveta wezwana jako świadek zaczęła odczytywać przed sądem swoje wiersze. Sędzia, przerażony polecił jej zaprzestać, a Maurycy Levet, uśmiechając się, rzekł:

 — Czy nie sądzi pan, panie sędzio, ze zmuszony do słuchania takich wierszy sam się już dotkliwie ukarałem.

 Przewodniczący widocznie nie uważał tej kary za dostateczną, bo skazał Maurycego Levet na 6 miesięcy więzienia.

— Czekaj na mnie, powrócę — zawołał Levet do biednej starej panny, która zeznała na jego korzyść.

 — Będę czekale, odparła szlochając.

Jeżeli w kwietniu 1927 roku Maurycy Levet zgłosi się istotnie da tej biednej, prowincjonalnej poetki, to wszystkie winy jego należy mu wybaczyć. Istotnie przetrawienie 20 tomów poezji różnych domorosłych poettek, to kara, która okupić może nawet ciężkie grzechy !…”

Niestety nie wiem jak potoczyły się losy pana Leveta i czy rzeczywiście odezwał się do starej panny, która go pokochała.

Szkoda trochę kobiet, które omamione okrągłymi, pochwalnymi zdaniami na temat swojej twórczości poczuły się jak członkinie do sekty czy też cechu pisarskiego. Czy poettek to jakiś błąd i chochlik drukarski? Bo chyba nie użyto tego słowa specjalnie. Moje rozmyślania pozostaną raczej bez odpowiedzi.

Levet powinien dostać większy wyrok. Pal licho, jego cierpienia podczas wysłuchiwania kiepskich wierszy, ale za to, że utwierdzał owe panie i damy w przekonaniu, że coś z nich będzie powinien pójść na galery.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

P. S. Aha i jeszcze refleksja. Byłem dzisiaj na konferencji w Artetece zorganizowanej z okazji udostępnienia kompletnego archiwum “Ilustrowanego Kuryera Codziennego”. Dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy o samej gazecie jak i o procesie digitalizacji. Ujrzałem oczyma swoimi jaka to ciężka praca, dlatego składam wielkie dzięki wszystkim osobom, które przyczyniają się do tego, że ja mogę wygodnie w zaciszu domowym urządzać sobie wycieczki w przeszłość. Niech im się w życiu darzy, a materiałów do digitalizacji niech nie zabraknie na najbliższe kilkadziesiąt lat.
Link do wydarzenia na Fejsie.

Tomasz Campanella “Miasto Słońca”

miasto_słońca

źródło: allegro.pl

Ach! Uwielbiam utopijne wizje społeczeństw, dalekie kraje, które urządzone są idealnie i wszystko w nich podporządkowane jest szczęściu obywateli. Pogrążam się w fascynacji dla dzieł powstałych setki lat temu i przedstawiających poglądy autorów na jak najlepsze urządzenie tego świata. Pomysłów było i jest setki. Tomasz Morus swoją „Utopią” zrobił pierwszy wyłom, a później niczym wezbrane wody wyobraźni przerywające tamy skostniałego świata runęły na ów zastały i pogrążony w marazmie padół ziemski dzieła, dziełka, utwory i utworki opisujące raje, które według autorów istniały, bądź będą istnieć na tej Ziemi.

Tomasz Campanella to postać niezwykle ciekawa i bardzo interesująca. Filozof, zakonnik, astrolog, heretyk, kacerz, buntownik i społecznik, a przede wszystkim utopista. Giovani Domenico Campanella urodził się w roku 1568 w Kalabrii. Wstąpił do zakonu dominikanów, gdzie przyjął imię Tomasz, dużo podróżował po Włoszech, oskarżany o herezję spędził wiele lat w więzieniach, organizował powstanie w Kalabrii, które nie doszło do skutku, gdyż Hiszpanie wykryli spisek. Wspominałem, że Campanella spędził sporą część swego życia w więzieniach, gdzie wielokrotnie go torturowano, aby wydobyć przyznanie się do wchodzenia w konszachty ze Diabełem. Campanella był uczonym niemalże idealnie wpisującym się w swój czas. Kończyło się Odrodzenie, ziemie włoskie wchodziły w okres głębokiego kryzysu ekonomicznego, zaczynała się kontrreformacja, barok i tym podobne. Campanella mieszał w swoich poglądach filozoficznych wszystko co się dało. Astrologię i przesądy z wiarą chrześcijańską, i ówczesnym stanem wiedzy medycznej. Dogłębnie studiował filozofię starożytną i świętych ojców Kościoła i czerpał z nich garściami. „Miasto Słońca” jest idealnym odbiciem jego bardzo często sprzecznych ze sobą poglądów.

Wizja społeczeństwa, które serwuje nam Campanella z dzisiejszej perspektywy mieszkańca kontynentu europejskiego jest przerażająca. Państwo, w którym całą władzę skupia jeden człowiek – kapłan określany mianem Słońca czy też Metafizyka, a do pomocy służy mu trzech wysokich rangą kapłanów, każdy zajmujący się odpowiednią dziedziną społecznego życia. Kapłani owi noszą nazwy Potęga, Mądrość, Miłość. I chociaż ludzie w tym mieście nie muszą zbyt ciężko pracować, dóbr wszelakich mają dostatek, to jednak „Miasto Słońca” jawi się jako komunistyczny koszmar, w którym literacka fikcja jest zakazana, bo przecież kłamliwe zmyślanie szkodzi rozwojowi duchowemu (socrealizm w pełnej krasie). Ludzie nie dobierają się sami w pary, ale kapłan Miłość zajmuje się ich hodowaniem, tak aby każde następne pokolenie było doskonalsze i jeszcze lepiej przystosowane do życia w mieście Słońca. Porę godów określa się za pomocą przepowiedni astrologicznych, a kto spróbuje płodzić poza wyznaczoną porą może mieć pewność, że sieć “szpicli” na niego doniesie i kara będzie surowa. Religia jest obowiązkowa i państwowa, tego kto się nie dostosuje czeka srogi i okrutny los.

civitas_veri

Wyobrażenie Miasta Słońca. Źródło: blogs.ub-filosofie.ro

Jestem pełen sprzecznych uczuć co do tej utopii, bo chociaż Solariusze (tak się nazywają mieszkańcy miasta) mają dość rozwiniętą technologicznie cywilizację (podobno potrafią latać, a ich pojazdy nie wymagają koni, są poruszane za pomocą tajemniczych żagli) to ich teokratyczny ustrój jest bardzo totalitarny, a życie pojedynczego człowieka jest poddane drobiazgowej kontroli na każdym kroku. Wszyscy mają się poddać woli głównego kapłana. Oczywiście nie wszystko jest tam, aż takie złe; dobrym i ciekawym pomysłem jest system edukacji polegający na poglądowym wchłanianiu wiedzy. W praktyce wygląda to tak, że na murach miejskich wymalowane są wiadomości z każdej ludzkiej dziedziny wiedzy, a dzieciaki uczą się ich podczas lekcji na świeżym powietrzu. Na plus można uznać pogardę dla chciwości, pychy, próżności i zdroworozsądkowe podejście do spraw fizjologicznych.

I równie, dowodzą, godzi się nogom chodzić i zadowi srać, jak oczom patrzeć i językowi mówić; podobnie jak to się dzieje z kałem, gdy zachodzi potrzeba, oczy wydzielają łzy, a język – ślinę.

Książki Campanelli nie czytało się dobrze. Jest pełna mętnych wywodów dotyczących astrologii, metafizyki, filozofii i religii. Ciężko się połapać jak tak naprawdę funkcjonuje miasto Słońca. Campanella nie skupia się na wyjaśnianiu mechanizmów działania społeczeństwa. Chaotycznie przekazuje swoje wyobrażenia i robi to trochę nieudolnie (według mnie). Starsza o prawie sto lat „Utopia” Morusa wypada wielokroć lepiej niż dialog poetycki Campanelli. Niemniej jego „ Miasto Słońca” jest ważną książką.

Campanella podobnie jak Morus wspólnotę majątkową i brak prywatnego majątku uczynił nadrzędną zasadą w mieście Słońca. Dodatkowo uczynił mieszkańców równymi, nie ma w nim sług i niewolników, każdy musi pracować i czyni to z ogromną ochotą. Mieszkańcy miasta żyją według zasady „każdemu według zasług”. „Miasto Słońca” stanowiło na pewno solidną pożywkę dla wielu istotnych prądów filozoficznych i ideologicznych, które narodziły się setki lat później.

Ciekawostka – ja czytałem wydanie z „Biblioteki Narodowej” Ossolineum z roku 1955. Wydanie to było najprawdopodobniej odpowiedzią na „Państwo Słońca” z roku 1954, które ukazało się w wydawnictwie PAX, gdzie podkreślano religijny charakter dzieła Campanelli. W moim wydaniu, we wstępie autorzy pragnęli przekonać czytelnika, że wiele z tych religijnych odniesień i poglądów Campanella musiał na siłę wcisnąć, aby w ogóle jego książka została wydana. Sam był przecież na tak zwanym „cenzurowanym” i musiał się pilnować. Jak było naprawdę to trzeba zwrócić się do gwiazd, wróżbitów i astrologii. Wywołać ducha autora i go dokładnie przepytać.

P. S. Podoba się nowy wygląd bloga?