Kierunek – Wizerunek (nie)konferencja dla bibliotekarzy. Edycja IV. Gdynia 2018.

Kilka gadżetów z konferencji, było ich znacznie więcej, ale już pochowane. :)

Moi drodzy chciałbym Wam zdać krótką relację z kolejnej (nie)konferencji Kierunek – Wizerunek (pisałem o tych konferencjach Tutaj i Tutaj).

Continue reading

Ursula K. Le Guin “Planeta wygnania”

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Ursula K. Le Guin "Planeta wygnania"

Odgrzebywania przeszłości ciąg dalszy. Dodam, że nie jest to jakaś przeszłość szczególnie mi bliska i którą darzę szczególną estymą i miłością. Ot, kiedyś się czytało i się podobało. A jak jest dzisiaj? Czy Charlie spojrzy wyniosłym wzrokiem na książki pani Le Guin i powie: a Fe! Ja tutaj „zaczytowywuję” się  Proustem, Shoppenhauerem i Kantem, więc won mi z tą fantastyką won! Ale Charlie nie należy do ludzi, którzy odrzucają bezwzględnie swoje korzenie. I nie należy również do ludzi, którzy uważają za złe czytanie Prousta lub Shoppenhauera i innych tuzów i bossów świata filozofii i literatury. Po prostu Charlie nie czuje się jeszcze gotowy na zmierzenie się z tak poważnymi tematami. A czytanie „Planety wygnania” pani Le Guin, drugiej książki z tak zwanego cyklu „Hain” sprawiło mu mnóstwo radości i bądźmy szczerzy poważnego wyzwania nie stanowi.

Co mamy w tej dość cienkiej, jeśli chodzi o objętość książce? Planetę o ciekawym cyklu rocznym, gdzie jeden rok to całe życie człowieka. Długie Lato dobiegło końca, kończy się Jesień i nadchodzi Zima (Winter is coming! George, Winter is coming! Wybaczcie nie mogłem się powstrzymać), Zima która zmusiła koczowniczy lud Askatewaru do wybudowania sobie zimowego miasta, które pozwoli im przetrwać srogą zimę. Obok tubylców żyją sobie tajemniczy farbornowie, uważani przez koczowników za czarowników i magów. Prawda jak zwykle okazuje się prozaiczna. To nie żadni magowie tylko przybysze z obcej planety (rzeczywiście prozaiczność z tego faktu, aż się wylewa). Przybyli tu przed sześciuset ziemskimi laty i zostali. Okazało się, że Liga ich zostawiła i się nie odzywa. Więc nie wiedzą, co się z Ligą stało. I tak sobie żyją ci farbornowie powoli wymierając, bo planeta dla nich jednak, aż tak gościnna nie jest. Są znacznie lepiej technologicznie rozwinięci od koczowników, ale coraz więcej zapominają i coraz mniej wierzą w jakiś znak od Ligi. Czują, że znikną z powierzchni tej planety, która stała się dla nich więzieniem i jest wciąż obca, mimo, że żyją tu od pokoleń. Wracając do fabuły. Wydawałoby się, że to będzie kolejna długa Zima, podczas, której większość z ludzi umrze, bo już byli starzy, a młodzi dorosną i przejmą ich obowiązki latem i tak zamknie się cykl życia. Niestety ghalowie, tacy jeszcze gorsi barbarzyńcy od koczowników, którzy co roku ciągną na południe uciekając przed Zimą, pokrzyżują im plany. Tegoroczni wędrowcy zdecydowali się bowiem połączyć swe wszystkie siły i maszerują ogromną hordą, paląc, grabiąc i mordując wszystkie inne Zimowe miasta. I tak zacznie się walka o przetrwanie w niegościnnej aurze pogodowej i z dość zaciekłym przeciwnikiem. Nie obędzie się bez wątku miłosnego aktywnie angażującego dwie rasy humanoidalne. Zarówno cieleśnie jak i umysłowo. Okazało się, że farbornowie potrafią się posługiwać telepatią, a nauczyli się tego na planecie zwanej Światem Rocannona. Nie będę ukrywał, że skończy się to wszystko happy endem. A jutrzenka nowego blasku zaświeci zarówno dla przybyszów z gwiazd jak i tubylców.

Książka w porównaniu ze „Światem Rocannona” wydawała mi się pełniejsza, bardziej żywa i lepiej napisana. Wciągnęła mnie ponownie. W trakcie czytania miałem gwałtowne błyski odświeżanych wspomnień. To aktywowały się szare komórki, które wydawałoby się już dawno poległy w szlachetnej, lecz beznadziejnej walce z demonem alkoholu. Muszę podziękować pani Le Guin za odratowanie niektórych elementów, które składają się na całościowy obraz Charliego.

Napiszę jeszcze o zderzeniu dwóch cywilizacji. Jedna to barbarzyńcy, którzy nawet nie wynaleźli koła i dla nich czas to

“[…] był ten jeden bieżący dzień nieogarnionego umysłem Roku. Nie znali słów na określenie zaszłości historycznych – wszystko działo się albo „dziś”, albo w „przedczasie”. Jeśli wybiegali myślami w przyszłość, to nie dalej niż do następnej pory Roku. Nie patrzyli na czas jak na coś zewnętrznego, ale tkwili wewnątrz niego, jak lampa w ciemności nocy, jak serce w żywym ciele.[…].”

Drudzy natomiast to potomkowie kosmicznych wędrowców, którzy pochodzą z tej samej planety co Rocannon. Co prawda zmuszeni są do przestrzegania Embarga Kulturowego i nie mogą wykorzystywać swej technologicznej przewagi w kontaktach z tubylcami. Co jest trochę absurdem, bo kurde przybyli z gwiazd i posiadają wiedzę wykraczającą poza wszelkie wyobrażenia tubylców. Znają koło, szkło, a nawet bieżącą wodę, a więc Embargo Kulturowe już dawno cholera złamali.  Wiedzą, że są na Kolonii Gamma Smoka III. Wiedzą, że Ziemia jest ich prawdziwym “Domem”! I te dwie kultury i społeczeństwa żyły obok siebie przez sześćset ziemskich lat we względnym spokoju. Przybysze z gwiazd nawet, gdy utracili nadzieję na kontakt ze swoimi pobratymcami z Ligi to wciąż przestrzegali Praw i Kodeksów Ligii. I w ogóle ani razu nie korciło ich, aby podbić tę planetę. Co mnie trochę jednak dziwi znając naturę humanoidów. W końcu mieli możliwości, przynajmniej na początku. No, ale na początku była nadzieja, że Liga wróci. W końcu Liga rządzi, Liga radzi, Liga nigdy Cię nie zdradzi, ale czasem Cię zapomni. A na szczęście czas pokazał, że natura i ewolucja są potężnymi siłami i nawet przybysze z gwiazd poczuli się w końcu jak w domu.

To tyle moi drodzy. Idę spać, bom zmęczony, a długi weekend is coming.

Richard Morgieve “Niewysoki mężczyzna widziany od tyłu”

Richard Morgieve "Niewysoki..."

Richard Morgieve "Niewysoki..."

 

“Niewysokiego…” przeczytałem tak jakby przy okazji. Ot, od czasu do czasu sobie ją podczytywałem. I teraz skończyłem.

Nie powiem, że zostałem powalony i padłem zachwycony. Tak nie było, ale książka Morgieve’a jest książką przyjemną, sympatyczną, zabawną. Chyba byłaby dobrą książką na letnie popołudnie w ogrodzie, gdy wietrzyk delikatnie wieje, słoneczko sobie grzeje, ptaszek sobie śpiewieje, trawka sobie rośnieje, a ty sobie siedziejesz i pragniejesz się odprężejesz. Obok stoi sobie kufel z zimnym piwkiem/kieliszek z wódką/szklanka z jakimś łyskaczem, albo drineczek. O! W takie popołudnie “Niewysoki…” wpasowałby się idealnie. Bo i książka jest dość pozytywna w odbiorze, choć jest też smutna i przejmująca.

Historia rodzinna mająca swoje korzenie w wojennych latach, przemytniczych losach Polaka/Żyda/polskiego Żyda, do końca nie wiadomo. Ów hochsztapler robi ciemne interesy z kim się da i za co się da. Poznaje dziewczynę, córkę rzeźników z małego francuskiego miasteczka i biorą ślub. A później to już się dzieje… Wielkie bogactwo i wielka nędza. Życie na krawędzi i drobnomieszczańska cisza i spokój. Wielka miłość i wielkie awantury. Opisuje nam to wszystko najmłodszy syn owej pary, która jest niemal żywcem wzięta z awanturniczych powieści.

Polubiłem styl narracji, niemalże nieskrępowany potok słów, skojarzeń, anegdotek i żartów. Lekki i przyjemny w odbiorze, taki, który z wojennej zawieruchy potrafi zrobić nic nie znaczący przyczynek do dziejów rodzinnych. Bardzo mi się ten sposób opowiadania podobał i wielokrotnie się uśmiechałem pod nosem (napisałbym, że pod wąsem, ale wąsa nie posiadam). “Niewysoki…” to książka o miłości ponad życie, dzikiej namiętności rozpalającej zmysły do czerwoności. Opisy imprez, balów, jakie wyczyniali bracia-Słowianie robią wrażenie. Książka przynosi tęsknotę za czasami, gdy ludzie mieli szeroki gest, oszuści byli prawdziwymi dżentelmenami, a picie szampana z obcasów było obowiązkowym punktem każdej hulanki. Postacie w książce są pełnokrwiste i pełne życia, czerpią z tego życia pełnymi garściami, tak jakby jutra miało nie być.

I tak bym zapamiętał tę książkę, jako przyjemną lekturę o czerpaniu radości z życia, gdyby nie wzruszający, smutny i przejmujący opis choroby i śmierci matki narratora. Po jej śmierci dawny przemytnik, oszust, bogacz, a później biedak, pies na baby, czyli ojciec ten niewysoki mężczyzna załamuje się i powoli stacza w dół…

Całkiem ciekawa książka, ale jeśli ktoś pragnie ją przeczytać teraz, niech poczeka do letniego popołudnia…

Uwielbiam…

W przeciwieństwie do wielu, wielu ludzi kocham te upały.

Kocham ten Kraków spieczony, udręczony, rozgrzany tą wysoką temperaturą.

Ubóstwiam asfaltowe aleje z tak gorącym powietrzem, że powoduje zwidy.

Życie mogę oddać za to miasto moje, gdzie drgające od wysokiej temperatury powietrze płata figle, a samochody i piękne i jakże klimatyzowane autobusy MPK potęgują wrażenie niemiłosiernego gorąca.

Ten zapach, smród, odór, woń  spalin, która odurza i przy 30 stopniowym upale wali po głowie jak kawałek Beatelsów

kawałek, który swoją drogą jest jednym z moich ulubionych :D

Anglicy mają takie fajne słowo: sizzle, a w czasowniku to jest bodajże sizzling. Oznacza ono mniej więcej tyle samo co słowo polskie: skwierczeć, i właśnie ten skwierczący, prawie zgrillowany Kraków jest dla mnie rajem.

Nie będę również ukrywał, że powód mojego uwielbienia dla tego miasta i pogody, która teraz panuje, bierze się stąd, że mam teraz wolne i naprawdę opierdalam się, aż miło. Wiem, że brzydkiego słowa tu użyłem ale naprawdę żadne inne nie oddaje w stu procentach tego co robię lub nie robię :D

I podróżując rowerem po tej stolicy Małopolski nie zauważyłem takiego zjawiska jak w Łodzi:

Było na wykopie ale ja zapodałem linka bezpośrednio z jołtuby.

Chcę mieć taką pogodę cały czas, nieważne czy będę na urlopie, czy w pracy.

Na koniec jeszcze specyficzny kawałek, który większości się nie podoba jednak jak dla mnie oddaje to lato we mieście!

Jest z tego teledysk ale dźwięk słabo daje i lepiej ten link brzmi :)

P.S>

A w sobotę weselicho (jeszcze u mnie w rodzinnych stronach)!

Oj szykuj, szykuj się wątrobo, bo po prostu tak po dupie dostaniesz, że aż mi szkoda żeś moją wątrobą jest!