This is Halloween…

Przepraszam za tytuł, ale cóż poradzić. Dziś Halloween i wszyscy coś piszą o tym święcie. Ja też coś tam skrobnę:) Zalała nas ta amerykancka popkultura i dziś nikt nie pamięta o co 31 października chodziło, a tym bardziej o co chodziło naszym słowiańskim przodkom w tym dniu. Ja tam ortodoksem nie jestem i Halloween mi samo w sobie nie przeszkadza (dobra okazja do urządzenia przebieranej imprezki), ale jakbym zobaczył dzieciaka pukającego do mych drzwi i mówiącego “Cukierek albo psikus” to raczej dostałby ode mnie psikusa…

Dobry skecz kabaretowy o adaptowaniu obcych kulturowo zwyczajów do naszego słowiańskiego podwórka:

Nie będę w dzisiejszym wpisie bronił naszych słowiańskich Dziadów przed amerykańskimi Jack-o’-lanternami (jak gdyby ktoś nie wiedział to są wydrążone dynie  ze świeczkami), chciałem tylko podzielić się z Wami moimi ulubionymi motywami na Halloween.

Najlepszą dla mnie rzeczą na Halloween są specjalne odcinki Simpsonów popularnie nazywane “Treehouse of Horror”. Ten przecudowny miks najbardziej znanych i rozpoznawanych motywów z popkultury lub obecnie popularnych filmów, seriali podany w groteskowej formie jest dla mnie ucztą samą w sobie. Jest już tego ponad dwadzieścia odcinków i polecam każdy!

Horrory, horrory, horrory – bez tego nie da się przeżyć porządnego Halloween:) Czy wspomniałem już o horrorach? Jeśli nie to wspominam teraz. Niezłą listę horrorów na Halloween możecie znaleźć na blogu Horror Story Reborn. Ja ze swej strony uwielbiam post apokaliptyczne klimaty, zwłaszcza jeśli dominującymi bohaterami są zombiaki. Jednym z najlepszych filmów dla mnie, które  utrzymane są w tej konwencji jest “28 dni później” (co prawda nie ma tam zombiaków, ale to akurat nie ma najmniejszego znaczenia).  Z kolei nie przepadam za slasherami, w których krew i flaki latają zupełnie bez sensu (rzeczywiście chodzące żywe trupy na pewno mają więcej sensu). Oczywiście nieśmiertelne “Martwe zło” – wszystkie części. Pierwszy raz obejrzane na spiraconej kasecie VHS o okropnej jakości. Bogiem a prawdą – gdyby nie pirackie kasety video, to nasz naród miałby ogromne tyły jeśli chodzi o filmy z Zachodu. Jakoś nie przepadam za azjatyckim kinem grozy – wydaje mi się zbyt hermetyczne i niezrozumiałe dla mnie. Znajdzie się oczywiście kilka fajnych rzeczy. Mógłbym Wam tutaj wymieniać film za filmem, nie widzę w tym sensu zbytniego, gdyż rzeczy z gatunku horror jest mnóstwo. Makabra przyciąga magnetyczną siłą. Rynek horrorów obfituje w przeogromne ilości filmów, książek, komiksów, gier i muzyki. (Odzywa się moje wrodzone leni.. tfu.. chciałem powiedzieć wrodzona dbałość o czytelnika, coby go nie przeładować nadmiarem materiału.)

Zmieniając temat, teraz piosenka, która ostatnimi czasy gości bardzo często w moich głośnikach. Najpierw dam cover. Oryginalny utwór pochodzi z filmu według scenariusza Tima Burtona “Nightmare before Christmas” po naszemu “Miasteczko Halloween“, cover natomiast z płyty “Nightmare revisited”:

A macie też oryginał:


Fajne prawda:)

Żaby nie było tak zupełnie amerykancko, bo przecież jestem Słowianinem, jak śpiewał Spięty z Lao Che. Słowianinem oraz bibliotekarzem dlatego podzielę się z Wami niewielką ilością informacji z czasopisma o przepięknym tytule “Przyjaciel Ludu” z roku 1839. Informacje będą dotyczyć wierzeń ludowych dotyczących złych duchów.

Na początek moi drodzy tradycyjna mora albo zmora. Cóż to straszydło robi biednym wieśniakom? Ano to:

MORA

MORA

Paskudna ta mora była, że hej! Popadła jednak w zapomnienie i dziś nikt dzbanuszków ciastem nie oblepia. W przeciwieństwie do mory następny stwór ma się wśród popkultury doskonale, tylko metody jego rozpoznania ciut się zmieniły. Psze państwa WILKOŁEK!

WILKOŁEK

WILKOŁEK

Dziś Wilkołek nazywa się troszku inaczej, jednak jego potworność nie uległa zmianie. Nie do końca zrozumiałem instrukcje dotyczące wykrywania tych paskudników. Kogo mam obnieść? Wilkołeka czy bochen chleba? Czego mam nie przewracać? Skórki chleba, którą trzymam w ustach? Pomóżcie! To bardzo ważne! Zamierzam sprawdzić tą metodą czy pewien nieuprzejmy, mrukliwy i warkliwy czytelnik nie jest czasem wilkołekiem! Następny stwór to WIŁ! (przepraszam, że w dwóch zdjęciach, inaczej się niestety nie dało).

WIŁ

WIŁ

WIŁ DWA

WIŁ DWA

Nie jest taki najgorszy ten wił. Tylko strasznie upierdliwy. Znam kilku takich, co to się od człowieka nie odczepią i żyć nie dadzą. Tylko metody nękania trochę inne. Dzwonią co chwila i wcisnąć próbują jakiś badziew. Wił to przynajmniej niczego nie wciskał, tylko se stał i stał. A teraz KANIA!

KANIA

KANIA

Ach! Okrutna Kanio co dzieciaczki z wiejskich pól porywałaś! Na szczęście już nie straszysz polskich wieśniaków i przeminęłaś z wiatrem i obłokami!

Niestety to wszystko moi drodzy czytelnicy. Zdaję sobie sprawę, że zaledwie poruszyłem czubeczek góry lodowej, jeśli chodzi o horror. Tfu! Ja nawet nie zacząłem poruszać niczego! Przyznaję się bez bicia, że tego jest zbyt dużo i zwyczajnie nie ogarniam. Nawet teraz przez mój umysł galopują konie pomysłów i nie mam jak ich powstrzymać. Chciałem tylko Wam napomknąć w tę noc strachów, że ludziska bali się od zawsze i wyobraźnie mieli równie bujną dawniej co teraz. Niedługo północ, duchy i zmarli są o tej porze pełne i pełni pałeru. Dlatego bójcie się! Na koniec filmik sprzed roku, ale mam nadzieję, że nie widzieliście:

Anne Fadiman “Ex libris: wyznania czytelnika”

Anne Fadiman "Ex libris..."

Anne Fadiman “Ex libris…”

No nareszcie, pomyślał Charlie gdy przeczytał gdzieś krótką recenzję książki pani Fadiman. Książka o książkach i ich wielbicielach. Charlie w swej pysze pomyślał, że on również  jest takim wielbicielem książek i z pewnością lektura “Ex libris…” podnieci go intelektualnie do granic możliwości i wyniesie na Parnas. I tak było! Och, jakież rozkoszne umysłowe rozrywki zapodała mi pani Fadiman w swoich siedemnastu esejach o książkach w jej życiu. Czułem jak moja głowa puchnie od tych wszystkich wysublimowanych smaczków. Te perełki delikatnej ironii skrzące się pomiędzy literkami w rządku grzecznie stojącymi. Te hausty elokwencji jakie można wciągać wprost ze stronic książeczki. Sto osiemdziesiąt stron czystej niemal erotycznej i perwersyjnej fascynacji słowem pisanym. Szał spoconych okładek po prostu!

Mam nadzieję, że nie przesadziłem z sarkazmem czy tam ironią. Powiem krótko nie dostałem tego czego się spodziewałem i troszkę byłem zawiedziony. Autorka naprawdę w bardzo interesujący i zabawny sposób opisuje wiele sytuacji i wspomnień związanych z książkami w JEJ życiu. I to chyba powód dlaczego ta książka nie trafiła do mnie. JEJ (znaczy się autorki) wspomnienia z dzieciństwa i młodości kompletnie się różnią od moich. Córka małżeństwa pisarzy, dorastała w domu gdzie książki były obecne zawsze, i młoda Anne nasiąknęła nimi do szpiku kości. U mnie w domu rodzice książek nie czytali. Czytałem tylko ja. Autorka gromadziła swój księgozbiór od lat najmłodszych, ja tak na dobrą sprawę zacząłem kupować książki na studiach (a i tak może ich było z kilka – wtedy raczej inne priorytety były :D ). To tak od strony formalnej wyjaśnienie dlaczego książka nie powaliła mnie na kolana. Żeby zająć się stroną narracyjną Charlie przyjmie pozę napuszonego krytyka i powie, że książka jest przeintelektualizowana, ciężko strawna dla przeciętnego polskiego czytelnika, zawiera mnóstwo odniesień do mało znanych w Polsce książek i pisarzy, którzy dawno wyginęli. Kontekst kulturowy jest wyraźnie amerykański i gdyby nie przypisy na końcu każdego eseju wiele rzeczy nie byłoby zrozumiałych. Niektórzy czytelnicy mogą odnieść wrażenie, że autorka chełpi się swoim pochodzeniem i tym, że miała takie cudowne dzieciństwo. (Charlie krytyk po części tak myśli). Inni czytelnicy rozsądnie powiedzą, że jeśli ktoś był ze swojego dzieciństwa zadowolony, nawet jeśli było zupełnie inne od dzieciństwa autorki nie ma czego zazdrościć (Z tymi czytelnikami zgadza się prawdziwy Charlie). Książka broni się stylem pisarskim, który trochę ociepla wizerunek autorki jako feministycznej, wszystko wiedzącej i przemądrzałej suki. (To Charlie krytyk tak pisze, prawdziwy Charlie nic do samic psów nie ma). Wiele zabawnych i śmiesznych fragmentów wzbudza szczerą radość. Kilka esejów to naprawdę piękne przykłady pisarstwa i dają wiele powodów do zadowolenia. Dodatkowym atutem jest fakt, że książkę czyta się szybko, więc nie zdąży zmęczyć czytelnika. Eseje, które Charlie krytyk uważa za dobre a nawet piękne i przecudowne to esej “Moja Specjalna Półka” opowieść o półce autorki, na której trzyma ona książki o tematyce polarnej. Naprawdę esej porusza w człowieku struny, o których istnieniu nie miał pojęcia oraz esej “Psoty wieloczłonowców” interesująca tematyka eseju pobudza intelektualnie.

Charlie krytyk zastanawia się czy polecić książkę czytelnikom, można a nawet warto przeczytać. Choćby dla zapoznania się z zapatrywaniami pani Fadiman na temat książek. Poza tym książka naprawdę poszerza horyzonty i skłania do pewnych działań, o których być może dowiedzą się czytelnicy wkrótce.

P. S. W eseju “Psoty wieloczłonowców” autorka porusza temat erudycji i przytacza tekst jakiegoś kolesia z lat dwudziestych, z którego nie zrozumiała dwudziestu dwóch słów. Oto one: monofizyta, mefityczny, calineries, diapazon, grimorie, adapertile, retromingent, perllan, kupelacja, adyton, sipaj, subadar, paludalny, apozemiczny, camorra, ityfalliczny, alkad, aspergilium, agathodemon, kakodemon, geotyczny, opoponaks.

Esej polegał na tym, że autorka dzwoniła po znajomych i sprawdzała ich stan erudycji po ilości rozpoznanych słów. Nie chwaląc się Charlie znał znaczenie dziesięciu słów a dwóch się domyślał. Podbudowało to dumę Charliego, że oto bibliotekarz z Polski erudytą lepszym jest od uznanej pani pisarki. (Po chwili euforii Charlie uświadomił sobie jak ulotnym i mało znaczącym jest jego triumf i zwiesił głowę smutno).

A wy? Ile potraficie rozpoznać lub przynajmniej skojarzyć słów? Bez oszukiwania i podpowiedzi!

Systematyczność…

To zdecydowanie nie moje drugie imię :D No ale cóż zrobić, muszę się jakoś ogarnąć. Pierwszy tydzień w pracy po powrocie z Monachium minął całkiem spoko – wiadomo pytania: Jak było? i tak dalej i tak dalej. Na początku chciałem ściemniać, że było do dupy i żeby nikogo innego nie wysyłali następnym razem bo ja się podejmę tego zadania :D Taki niby przewrotny plan, no ale moja wrodzona szczerość i brak umiejętności kłamania sprawił, że rozpowiadałem na lewo i prawo jak to fantastycznie tam było.

Wracam do starych nawyków – będzie o książce, książce którą przeczytałem już jakiś czas temu tzn. ze dwa miesiące temu.

Zbigniew Nienacki

Uwodziciel

Zbigniew Nienacki "Uwodziciel"

Zbigniew Nienacki “Uwodziciel”

“Uwodziciela” przeczytałem będąc nastolatkiem. Zapewne spowodowane to było lekturą “Raz w roku…”. Pobudki jakie mną kierowały powinny być jasne dla wszystkich, którzy pamiętają okres dojrzewania :) Pamiętam, ze książka nie przypadła mi do gustu – zapewne dlatego, że pełna jest trudnego języka z dziedziny psychoanalizy. Poza tym nie miałem większego pojęcia o książkach i bohaterach literackich jakie w powieści są wymieniane.

Podobnie jak w latach młodzieńczych teraz znów sięgnąłem po “Uwodziciela” tuż po przeczytaniu “Raz w roku…”. No i tak jak do lektury “Raz w roku…” tak i do lektury “Uwodziciela” trzeba było samemu troszkę przeżyć, dojrzeć by zrozumieć. Książka rewelacyjna, Nienacki w sposób bezbłędny rozprawia się z wieloma mitami literackimi poddając bohaterów dzieł gruntownej analizie psychologicznej. To sprawia naprawdę niesamowite wrażenie. Nienacki rozkłada na czynniki pierwsze psychikę bohaterów bezlitośnie obnażając niekonsekwencje w ich charakterach, takiego Wokulskiego czy też Łęckiej na przykład.

Książka porusza również temat odpowiedzialności pisarza wobec czytelników. Nienacki opisuje próby stworzenia powieści o miłości prawdziwej, które nie udają się albowiem społeczeństwo pragnie banałów i utartych schematów.

Czasem odnosiłem wrażenie, że autor trochę przegina, że kobiet nie da się tak łatwo rozszyfrować. Zabiegi jego bohatera wydawały się naciągane. Ale z drugiej strony: może jednak Nienacki ma trochę racji. Autor podaje wiele “gotowych” przepisów jak traktować kobiety. Przyznam się, że w pewnym momencie zastanawiałem się coby nie pójść za jego radami :) Ale książka nie była pisana jako poradnik dla podrywaczy.

Książka mocna, mądra i zapadająca w pamięć. I jak wspomniałem wyżej może trochę irytować język stosowany przez autora to znaczy język psychoanalizy i psychologii to naprawdę warto do niej zajrzeć. Zwłaszcza, że z tego co się orientuję książka podobnie jak “Raz w roku…” dorobiła się opinii literatury dla dorosłych ale raczej takiej z niższej półki co jest zupełną nieprawdą.

A oto jeszcze jedna ciekawa przygoda, która spotkała mnie podczas lektury książki. Na pustej stronce znalazł się pewien wpis:

bazgroły

mazanie po książkach

Jeśli dobrze nie widać to tekst wpisu brzmi tak: “Hej Ty czytelniku! Zostałam magistrem, Tobie też się uda. Uwierz we własne siły i walcz! A jeśli już jesteś mgr to gratuluję! Zrób sobie doktorat, idź na studia podyplomowe – to się opłaca! Zmazać po przeczytaniu, bo to nieładnie kreślić po książkach!

Heh, jako bibliotekarza powinno mnie oburzyć, że ktoś nabazgrał coś w książce. Jednak to wyznanie o osiągniętym sukcesie wywołało uśmiech :) Swoją drogą ciekawe czy ten wpis jest jakiś starszy? Kto wie może jest w tej książce już dobrych kilka lat. Kimkolwiek jesteś nieznana mi pani magister mam nadzieję, że zrobiłaś już doktorat i Ci się to opłaciło! I że oduczyłaś się kreślić po książkach bo to rzeczywiście nieładnie!