“Przekłady najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”

Biję się w piersi, kajam się przed Wami, bom zapomniał o “Książkach najgorszych” z “Wiadomości Literackich”, ale na usprawiedliwienie dodam, że w kilku numerach z 1925 roku “Książki najgorsze się nie pojawiły”. Czy to znak, że w roku 1925 literatura polska przestała wypuszczać na świat poronione płody domorosłych literatów? Chyba raczej redakcja czasopisma zrezygnowała z tej rubryki. Ale pojawiła się jaskółka nadziei, bo znalazłem jeden artykuł zatytułowany “Przekłady najgorsze” i dotyczy właśnie jednego tłumaczenia “Ballad” Fryderyka Shillera” w przekładzie Stanisława Kaczkowskiego.

WL1925nr14I
WL1925nr14Ib

Przekłady najgorsze

Fryderyk Schiller. Ballady. Przełożył Stanisław Kaczkowski. Łódź, 1924; str. 47 i  1nl.

“Dlaczego na tytułowej stronie zbiorku ballad p. Stanisława Kaczkowskiego, wydrukowano „Fryderyk Schiller”, a autor figuruje jedynie jako tłumacz – niewiadomo. Pewne jest tylko, że Fryderyk Schiller, gdyby żył, wytoczyłby p. Kaczkowskiemu proces o bezprawne używanie jego nazwiska.

Jakto, więc to ma być Schiller? Ten wielki romantyk, poeta, którego nazwisko znajduje się pośród największych talentów XIX stulecia który chlubą okrył poezję niemiecką, i którego w jego ojczyźnie może jeden Goethe, jako poeta, przewyższył; ten Schiller, którym każą się nam w szkole zachwycać, pisał tak straszliwie niezgrabne głupstwa? Czy może ballady Schillera zawsze należało traktować jako utwory humorystyczne? Bo inaczej, niż humorystycznemi, nie można nazwać przekładów p. Kaczkowskiego.

Wiersz straszliwy. Jak gdyby ktoś, kto nigdy nie miał do czynienia z poezją, zawziął się klecić rymy. Skróty, nieistniejące w języku polskim, jak „spojrzał w spód” zamiast „spojrzał w dół”, kończenie wierszy dziwnemi, źle użytemi przysłówkami, jak np.: „ten puhar złoty rzucam wraz”, używanie fałszywie skróconych form przymiotnikowych: „z. trwogi głuch” — a wszystko to dla rymu, który, niestety, w poezji jest konieczny,— oto metody wierszowania p. Kaczkowskiego. Przekłady jego roją się od błędów gramatycznych; za przykład służyć może następujące zdanie z ballady „Żórawie Ibikusa”:

„A gdzie u ludzi włosów zwoje

Przyjemnie ocieniają czół (?),

Tam żmije wyprężają w kół (?)

 Jadem nabrzękłe brzuchy swoje”.

Niezmiernie zabawnie brzmi po polsku rozmówka wyrodka (tyrana) Dioniza z Damonem w balladzie „Poręka” (przypuszczalnie — sądząc z tytułu — ,,Die Bürgschaft”):

„Coś chciał uczynić”? tyran wrzasł.

 A mściciel na to odrzekł wraz:

„Miasto uwolnić od wyrodka (?)”

 „Śmierć cię na krzyżu za to spotka”

 Nazwać tyrana — „wyrodkiem” świadczy o zbyt daleko posuniętej beztrosce tłumacza.

Jednakże błędy znaczeniowe i gramatyczne, skróty, przekręcone wyrazy i inne podobne machinacje nie wystarczyły p. Kaczkowskiemu. Widocznie Schiller ma język tak niezmiernie wyszukany, że ballad jego nie można przełożyć na polski bez uciekania się do „neologizmów” Czytamy w balladzie „Walka ze smokiem”:

„Dosiadam potem, gdyż stał zbliska,

Wyćwiczonego swego ciska”.

Ponieważ wyrazu „cisek” nie znamy, sprawdzamy w oryginale i znajdujemy dobrze znany wyraz „Rappenn. Na pytanie, dlaczego „Cisek” ma oznaczać konia, odpowiedź daje objaśnienie autora, które przytaczamy dosłownie: „Walka ze smokiem”. W. 164: „ciska” zam. „cisaka” neologizm na wzór „siwka”.

A więc nazwa dla konia „cisak” jest nie dosyć oryginalna, musi być koniecznie „cisek”, bo inaczej nic byłoby neologizmu. A coby było, gdyby „cisek” przypadkiem nie stał „zbliska”? Wziąłby w łeb nie tylko piękny neologizm, ale z nim cała ballada, bo dzielnemu rycerzowi nie udałoby się dosiąść konia, a więc zwalczyć i uwolnić kraj od potwora. Możeby to było z pożytkiem dla czytelników.

 Sam fakt wydania po polsku najbardziej znanych i czytywanych przy nauce literatury niemieckiej ballad Schillera wzbudza obawę, że przekłady p. Kaczkowskiego prędko zawędrują do szkół tem bardziej, że niska cena książeczki (40 groszy), zły papier i brzydki wygląd będą temu sprzyjały.”

Artykuł pochodzi z Wiadomości Literackich, nr 1, 4 stycznia 1925 roku.

A gdyby ktoś chciał poczytać sobie “Ballady” w przekładzie pana Kaczkowskiego można je znaleźć w Bibliotece Jagiellońskiej. O tu

Znalezione tradycyjnie w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

Książki najgorsze – rubryka z “Wiadomości Literackich” vol. 21

Dzień dobry! Jak nastroje w ten zimowy wiosenny poniedziałek?

Dziś kolejny “odcinek” “Książek najgorszych”. Przeglądając wczoraj Widaomości Literackie popadłem w lekkie przerażenie, bo książek najgorszych nie było przez kilka numerów. Na szczęście przedwojenni grafomani nie dali o sobie zapomnieć i kolejna recenzja książki trafiła na szpalty WL.

Książka Tadeusza Meyerholda “Arlekinada. Cykl fragmentów karnawałowych”.

Wiadomości Literackie nr 43, 26 października 1924 rok.

WL1924nr4326X

WL1924nr4326Xb

WL1924nr4326Xc

 

Książki najgorsze

Tadeusz Meyerhold. Arlekinada. Cykl fragmentów karnawałowych. Warszawa  1924; str. 69 i 7nl,

Pan Meyerhold należy do zanikającego typu miłych, „kulturalnych”, pełnych „rafinerii”, wytwornych, wesołych grafomanów. W każdej linijce swej prozy, a raczej pozy poetyckiej, jest on, czarującym mężczyzną, którego żadna kobieta nie rozumie. W szapoklaku z monoklem w oku, z chryzantemą w butonierce, cytuje on przez zęby Wilde’a, Verlaine’a i Maeterlincka. Jest to typowy taki, co rzuca kobietom szeleszczące banknoty, zapala papierosa, każe podać szampana i zaprasza do tanga tak tajemniczo, jak gdyby zapraszał na pogrzeb. Uśmiecha się zwykle sarkastycznie i mówi do siebie po francusku: „Nous sommes des cadets de Gascogne” lub coś równie niestosownego.

Jednym z najbardziej typowych jest następujący utwór p. Meyerholda, który pozwolę sobie zacytować w całości:

„Czem jest krwawa noc rozkoszy stłumionych i ukrytych tęsknot?

Schnitzler powiedziałby: „nastrojem”, Verlaine — ,,odcieniem” — , a Wilde  „kaprysem”. Ja zaś mówię: „sfinksem”.

Istotnie. Jestem przekonany, że gdyby obudzić Verlaine’a w trumnie i spytać go, czem jest “krwawa noc rozkoszy stłumionych i ukrytych tęsknot”, — odpowiedziałby bez zająknienia: „naturalnie, że odcieniem!” Tak samo nierozumnie postąpiłby Wilde i Schnitzler. Meyerhold ich zawstydził: on jeden wie o tem, że taka noc jest właśnie niczem innem jak sfinksem. W tym literackim wyścigu autor wziął Verlaine’a, Wilde’a i Schnitzlera o głowę, a raczej o pół głowy.

Meyerhold patrzy na życie realnie i bez przesady; jeżeli ma coś do powiedzenia, mówi zwyczajnie i poprostu. — Np.: „Wysnuł jedną wątłą nić z pajęczej plątaniny odlatujących przeżywań i na osnowie bladej rzeczywistości począł haftować mistyczne arabeski pragnień niespełnionych”.

Czasem powie coś mniej zrozumiałego, jak np.;

 „I potoczyły się słowa miłe, zgrabne, w bezbarwę wyrazów odziane, pod powłoką kryjące tyle drgnień ust i powiek, tyle szczerych krzyczących falowań piersi… Nagle padł dźwięk brzydki, przesiąknięty ohydą codziennych niskich przeżywań. Teraz? — zaśmiała się Mora — Hahaha! Teraz mnie chcesz?”

Otóż w tym, że się tak wyrażę, ustępie niejasne jest, o jaki to brzydki dźwięk chodziło. Może jest to omyłka korektorska, i powinno być „dźwięk brzydki, przesiąknięty ohydą codziennych niskich przeżuwań?” W takim razie ustęp byłby wyraźny.

Chciałbym przekonać p. Meyerholda, że można być bardzo miłym i porządnym człowiekiem bez pisania „Arlekinady”. Muszę bowiem na zakończenie zacytować najkrótszy utwór p. Meyerholda, który brzmi w ten sposób:

„Myśl jedna, — odruch myśli raczej… Chcesz wiedzieć?”

Czy w „Arlekinadzie” jest „myśl jedna, — odruch myśli raczej?”… Chcesz wiedzieć? A więc powiem: — „Niema”.

BT.

Dźwięk codziennych “przeżywań”? Niestety ja mam skojarzenia jednoznaczne, a krążące wokół dźwięków towarzyszących procesom gastrycznym. Najprościej rzecz ujmując prawdopodobnie chodzi o bąka.

Aby dowiedzieć się “co poeta miał na myśli”, musiałbym przeczytać książkę p. Meyerholda, a i to działanie mogłoby być niewystarczające. Brzydki dźwięk codziennych “przeżywań” zostanie więc tajemnicą.

Gdyby ktoś jednak chciał odkrywać prozę pana Tadeusza, książkę można znaleźć w Jagiellonce. O tutaj!.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 20

Tak jak obiecałem wczoraj. Wrzucam tutaj zwycięskie odpowiedzi na konkurs “Książek najgorszych”. 19 prac zostało nadesłanych, a zwyciężyli Magdalena Samozwaniec i Jerzy Liebert! Nazwiska, które odcisnęły swoje piętno w literaturze polskiej. Dodam, że Samozwaniec już miała opublikowane książki, a Liebert był przed debiutem. Trzeba więc brać udział w konkursach, bo kto wie…

Zwycięskie interpretacje ukazały się w numerze 34 z 24 sierpnia 1924 roku.

WL1924nr3424VIII

WL1924nr3424VIIIa

 

“Na  II konkurs „Wiadomości Literackich”, którego warunki były ogłoszone w nr. 27, nadesłano razem 19 odpowiedzi: książka dr. Salkowskiego „Dźwięki duszy” w krótkim czasie osiągnęła tedy rekordową ilość recenzyj. Nadesłane objaśnienia opatrzono w następujące godła: „FF”, „Zet”, „Bez godła”, „Samb”, „Jotbe”, „Gozdawa”, „Lasciate ogni speranza”, „Risum teneatis”. „B. Książkiewicz”, „Nałogowiec”, „Granaty”, „Ridens”, „Może można coś zarobić”, „Powsinoga beskidzka”, „Pereat ars, fiat grafomania”, „L. S.”, „Ermat”, „Kani”, „Ten”.

Nagrodę przyznano odpowiedzi pod wezwaniem „Może można coś zarobić”; po otwarciu koperty okazało się, że autorką tej odpowiedzi jest Magdalena Samozwaniec.

Dodatkową nagrodę w kwocie 40 złotych odznaczono pracę pod wezwaniem „Granaty”; autorem jej jest Jerzy Liebert. Oba „objaśnienia” wierszy p. Sułkowskiego przytaczamy poniżej in extenso.”

Na pierwszy ogień pójdą interpretacje pani Samozwaniec.

WL1924nr3424VIIIb

„Rynek”.

Autor wiersza „Rynek” opisuje wrażenia, które w nim wzbudzają Sukiennice, oglądane w nocy po powrocie z teatru „Bagatela”. Wydają mu się one ni to klombem irysów, ni to czarodziejskim upominkiem, złożonym Polakom w darze na rynku. Po (krótkim) namyśle autor przychodzi do przeświadczenia, że dzisiaj nikt by już Polsce takiego prezentu nie zrobił. Świat się tak zmienił po wojnie! („Nowoczesny człowiek do takiego uczynku nie byłby zdolny”). Conajwyżej „bajeczne ibisy” („die lbise des Kranickus”) przynieśćby mogły tę architekturę hurysy. Poeta hurysę jako taką pojmuje architektonicznie i wystawia ją sobie szeroką, sklepioną i starą, pod której ciepłą koroną można śnić w śnieżyce. — Dźwięki hejnału poniosły następnie poetę w stronę historji Polski I jej krwawych dziejów. Wysoce taktownie, wspominając niebezpiecznych wrogów ojczyzny, wymienia p. Salkowski tylko Tatarów. Są oni bowiem politycznie najmniej obecnie szkodliwi i choćby się obrazili,— nie szkodzi. Zresztą sos tatarski nie zaszkodził jeszcze żadnej potrawie, dlaczego więc miałby zaszkodzić wierszowi?

WL1924nr3424VIIIc

„Lowrana”.

W pięknym wierszu „Lowrana” opisuje autor zmienną i ruchliwą falę Adrjatyku, która, leżąc w „hamaku morskiej toni” , kołysze się, pryska, syczy, zachęca do broni, dzwoni na alarm i uderza całą siłą w pokrowiec morza, czyli wodę, przyczem doznaje przykrej porażki; jakiej— któż wie? Któż przejrzy tajemnicę morskiej fali? . Mniejsza więc o to, — fala zresztą szybko zapomina o przykrości i atakuje z życiem żaglowiec, jadący razem z poetą z Lowrany. Na dziobie okrętu stoi ponury Włoch, nie przedstawiający się nikomu, ciemna figura, która brodzi we własnej pianie, klnie ze złym ogniem w oczach. Dostał morskiej choroby, więc jest wściekły. Zresztą Polak możeby tak tego nie odczuł, ale Włoch jako Włoch jest rozgoryczony, że się „druchny” wodne zamieniły w „zielono-siwe konie”, w „sto fal owiec”, a wreszcie w zwyczajny „pokrowiec”, który jednakowoż miał jeszcze dość tupetu, by się przeistoczyć w skaczące „jagnię”.

WL1924nr3424VIIId

„Fredro”.

Poeta w wierszu „Fredro” ubolewa nad tem, że znakomity komedjopisarz nie siedzi żywy w swoim dworku (obecnie „Kawiarni Szkockiej”), lecz bronzowy na Akademickim placu, na oczach wszystkich. Dr. nazywa go „malarzem słabostek”. Salkowski, pisarz „przeróżnych słabostek”, umie to ocenić! Po (krótkim znów) namyśle poeta przyznaje, iż jest w tem siedzeniu jowialnem na placu tyle dobrego, że „mocarz uśmiechu”, patrzący z „grymasem ironji”, niepokoi gromadę ludzką, nadętą i próżną. Niejeden pomyśli sobie: „A nuż co o mnie napisze? —Niby na oko posąg,  ale co to tam można wiedzieć? —Ho, ho, z takim trzeba uważać!— Są na świecie, może w Afryce, jakieś wyśmiewane bardzo „kolonie” (widać zasłużyły na to…).— Jeszcze mnie tam wyśle, bym mu nie przeszkadzał napisać o sobie komedji. Taki to widzi za wonią róży i za piwonją całkiem co innego, on już wie, co za tem siedzi!”

WL1924nr3424VIIIe

„Kąpiel”.

Pan Salkowski jest nie tylko poetą, ale i doktorem. Doktorem medycyny — sądząc z wiersza „Kąpiel”. Lekarze nigdy nie zalecają szczerze kąpieli morskich, twierdzą, że działają one osłabiająco, wyczerpująco, że zastąpić je można znakomicie iniekcjami „kakodilu”, Ciechocinkiem lub „piperaziną”, a przedewszystkiem przestrzegają, by po dłuższej przerwie nie kąpać się od razu po raz pierwszy, bo może być źle. Śliska to droga morski piasek — potem słabo — słabo!” — A mówiłem, prosiłem, cóż kiedy starego Salkowskiego nikt nie słucha. — No ale juk po krzyku; — łyk koniaczku, i wszystko będzie dobrze. Tylko na drugi raz ostrożnie z „falą-żabą”, która może się zamienić w „pokrowiec”! (patrz wiersz p. t. „Lowrana”).

WL1924nr3424VIIIf

„Rybacy”.

Autor w tym wierszu, pełnym nastroju, błękitnej cichej wody, czerwonych żagli i zapachu ryb, oddał sprawiedliwość motorówce, znanej zaszczytnie (pod tem nazwiskiem) z tego, że nie czyni rybom żadnej krzywdy. W ostatnich trzech wierszach znać głębokie reminiscencje wojenne: „branka, jak wiadomo, oznacza to- samo co „pobór” vel (ale nie very well) „mobilizacja”. Poeta został prawdopodobnie zaraz na początku wojny powołany, choć nie był żadną grubą rybą — to ostatnie wrażenie ocknęło się w nim i skojarzyło z widokiem ryb zaganianych w sieć. „Jakby szydeł setki szyły obuwie na śmierci brankę” rozumiem tak: czyż można większe buty uszyć rybom, jak je złapać w sieć? Zresztą jeśli szydło może wyjść z worka, czemu nie miałoby wyjść z wiersza? 

To tyle jeśli chodzi o panią Magdalenę Samozwaniec z domu Kossak.

Teraz czas na Jerzego Lieberta. Nie będę tutaj wrzucał grafik, bo będą źle wyglądały. To jest jeden długi tekst i rubryk w gazecie kilka. Wrzucę Wam transkrypcję.

“Do wierszy Salkowskiego należy przystępować bez tych uprzedzeń, jakie ogarniają nas przy czytaniu współczesnej poezji polskiej.

Poeta ten, nawskroś aryjski, w głębi serca Słowianin z kości, po których płynie krew błękitna, miłującemi rękoma ogarnia kraj, od krakowskiego grodu począwszy — aż po wybrzeża pomorskie.

Drzemie w nim duch przodków, to też, pochylony niby limba płacząca nad i otchłanią przeszłości, upuszcza w nią gorące łzy tęsknoty, odwracając się tyłem do maluczkiej i mizernej teraźniejszości. W stalowe łożysko sonetów, tę ojczyznę Petrarki, Ronsarda i wielu innych duchów wielkich tego świata, wlewa poeta jasny i pogodny strumień mowy ojczystej, a olśniewające metafory niby ptaki ogniste rozświetlają zadumaną i smętną duszę poety. Przerzucając te kartki, od których wieje duch krzepki syna wielkiego narodu, pochłaniając te słowa, krwią błękitną i potem serdecznym pisane, zatrzymuję wzrok nad wierszem p. t. „Rynek”.

Poeta uderza tu odrazu w strunę najwyższą — staje na rynku krakowskim. Smutny powrót z „Bagateli” napełnia go niebywałym sentymentem. Dookoła wyrastają Sukiennice, niby „kształtne irysy” i „architektury hurysy, te upominki ibisa przeszłości.

W poecie, człowieku nowoczesnym, zdolnym jedynie do podziwu, budzi się iście polskie pragnienie snu i cichych gawęd przy kominku w noce śnieżyste i wietrzne.

W rozmarzenie, w tę wizję bolesną autora, wdziera się hejnał z wieży Marjackiej i ginie „w echo, ciszę”. I oto przepiękne porównanie, świadczące o gorącem zamiłowaniu autora do dziejów ojczystych: „Tak ongiś życia strumień i zamarł wśród grabieży Tatarów w Polsce.

Ale to nic. Bo hejnał zagrzmi znów jutro i pojutrze pobudkę do czynu, a ochotni rodacy wezmą się do obrony, by gnać precz szkodnych, i poeta, którego mowa perli się od hurysek, ibisów i irysów, mówiących tak wiele o tęsknocie Salkowskiego do egzotyki, jak Ikar rozwija żagle, by już w wierszu p. t. „Lowrana” płynąć na pełnem morzu.

Fala, bujająca się w hamaku Adrjatyckim, wita nowego oblubieńca pryskiem i sykiem, zachęcając druchny swoje, fale szumiące, do tego samego. Cały wiersz przedstawia groźny obraz walki rozpętanego żywiołu z „ruchomym pokrowcem” statku, mknącego na grzbietach kolorowych koni do Lowrany, na który raz po raz wskakują bałwany, jagnięta i owce morskie. I oto, gdy natura ukazuje swoje zachmurzone oblicze, przychodzi w południe zaduma nad nikłością człowieka, „l’italien inconnu”, stojącego na dziobie w powodzi „piany i przekleństw”.

Ten zmysł podpatrywania wiecznej walki człowieka i zwierząt z naturą stanowi wybitny pierwiastek romantyzmu w poezji pana Stanisława.

Przez wszystkie szpary tych strof przebije jednak nienasycona niczem tęsknota za ojczyzną. Ale mimo te wybuchy romantyczne, drzemiące w dźwięcznej duszy Salkowskiego, z czcią należną uchyla on głowy przed klasyczną komedią polską.

Wiersz „Fredro” jest śpiżowym dorobkiem poety. Jowialny staruszek, siedzący na placu Akademickim, „dla wszystkich na widoku, nie w swoim pałacu”, niestety, jest, według poety, symbolem postrachu dla przechodniów, a jego upiór niejednokrotnie napełniał serce doktora niepokojem i lekkim dreszczykiem.

„Znakomity przeróżnych słabostek malarzu!” woła poeta. Chętnie wybaczamy Salkowskiemu drobne słabostki (rzecz ludzka!), widząc jego ból serdeczny, z jakim mówi o „fraszkach, (co są już w agonii)”. Upadek satyry i humoru w niepodległej Polsce napawa poetę tkliwą melancholią. Bo i prawda. Któryż z nas nie pomyli, wąchając dygnitarzy, zapachu róż i piwonij. Poeta dyskretną szpadą dotyka tu urzędników państwowych, co czerwoni i wyrośli jak róża, pełni jak piwonia, zasiadają w polskich urzędach.

Lasso dowcipu, niestety, dostało się dziś w ręce ludzi, którym należałoby dać widły i kłonice. „Wyśmiewane kolonie” świecą dziś pustkami. I oto poeta, w jednym zdaniu, charakteryzuje na tle płytkiej współczesności dostojną postać Fredry: „Naturą bowiem twoją jest chęć żartobliwa”.

Nawet człowieka, mało znającego komedie mistrza, wzruszy ta rozbrajająca prostota, z jaką autor odmalował twórczość Fredry. Pewien znawca tego największego komediopisarza polskiego i znany autor paru komedyj i fars, po przeczytaniu przeze mnie nagłos powyższego wiersza, zawołał dowcipnie: „A to go wziął pod włos!”.

Wbrew wszystkim poetom najmłodszej Judeo-Polski, odsuwającym na bok zagadnienia etyczno-społeczno-moralne, Salkowski z niebywałą odwagą i z odrobiną gryzącej ironii stara się rozwinąć , powyższe problematy. Wiersz „Kąpiel” jest tego najlepszym dowodem.

Myliłby się każdy, ktoby przypuszczał, że kąpiel ta to zwykła zabawa kąpielowa na plaży w Gdyni albo Sopotach. Nie, terenem jej jest cale nasze życie!

Poeta ukazuje nam tu nieustraszonego mężczyznę-samca, który z samozaparciem się i z „modrem wezgłowiem” rzuca się nurkiem w to morze wiecznych żądz i namiętności.

Lecz wielu ludzi samotnych przewraca się w dali i „powstać nie potrafi”. To też bojąc się „mocy elementu” życia, łączą się ludzie w wianki, pod których postacią przemyca poeta wieńce ślubne. Lecz i tu poeta nie traci tak rzadkiego, na szczęście, humoru. . .

Mądre, pogodne rozwiązanie problematu, który męczy nas wszystkich i wokół którego, niby bluszcz palący, owijają się nasze tęsknoty. A ludzie inni, cóż, przechodzą nad tragedją wewnętrzną i zewnętrzną tego czy owego członka i „życiem rwani”, „weselą się falą-żabą” soków żywotnych, co niby żabka zielona skacze z miejsca na miejsce, z góry na dół. Przykra jest rola krytyka, który w tych gorzkich słowach poety musi dopatrywać się jego osobistych zawodów miłosnych.

Ale już w wierszach innych spokój owłada duszą poety. W „Rybakach”, tym sielankowym obrazku, przedstawiającym połów śledzi w morzu polskiem, poeta z sercem napełnionem wdzięcznością dla piękna przyrody śledzi majestatyczne maszty i „łodzie rybackie bez liku”. Cisza. Nawet motorówka lubym szmerem nie mami ryb, i w tej wielkiej harmonji człowieka ze światem „nie plami swojego nazwiska”. Rybacy „na wojnę ruszają z czujnemi rybami”, a wieczór rozpina cienie, i „barki i łodzie dostają niby skrzydeł”. Zdumiona fala gra swoją rzewną kołysankę, a „ryby beztroskie”, nie czując zbliżającej się godziny odwetu, zachwycone tą melodją chwili wieczornej, wpływają bezradne, „chociaż oporne”, do sieci.

I wybucha w poecie gorycz i żal, że dlatego to setki szydeł uszyły to obuwie śmiertelne dla ryb, i oto „śmierci branką” kończy poeta swój akord, — wpatrzony dobrotliwie w dzień zachodzący nad morzem.

W Salkowskim witamy nową gwiazdę wzeszłą nad wyleniałe krawędzie polskiego parnasu, poetę krańców ziemi i mowy ojczystej.

Sursum corda!”

I jak Wam się podobały interpretacje? Liebert nieźle popłynął:) Ja dałbym główną nagrodę jemu.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 19

Dzień dobry!

Troszku ponad tydzień temu pisałem pozdrowienia z wiosennego Krakowa, a dziś przychodzi mi pisać z miasta pokrytego śniegiem, topniejącym co prawda, ale śniegiem! Zimo zła wypierd… to znaczy idź stąd!

Pamiętacie wpis z “Książek najgorszych” o królu grafomanów? Na końcu prowadzący rubrykę ogłosił konkurs na interpretację wierszy. Przedstawię Wam teraz te wiersze pana Salkowskiego, które były przedmiotem konkursu. A jutro pokażę Wam kto konkurs wygrał.

WL1924nr277VII

Konkurs

“W myśl zapowiedzi w numerze poprzednim ogłaszamy niniejszem konkurs z nagrodą 50 złotych za najlogiczniejsze i najdowcipniejsze objaśnienie wszystkich „niejasności” w niżej przytoczonych fragmentach z książki dr. Stanisława Salkowskiego „Dźwięki duszy”; książka, ta, wbrew mniemaniu wielu czytelników, nie jest wymysłem autora „Książek najgorszych” i, niestety, istnieje rzeczywiście. Odpowiedzi należy przesyłać pod adresem redakcji „Wiadomości Literackich” (Złota 8) do dn. 20 lipca b. r. W kopercie z odpowiedzią powinna znajdować się — druga (nazwisko i adres wysyłającego), przyczem odpowiedź i druga koperta winny być zaopatrzone we wspólne godło.”

A ja żeby zachować oryginalną pisownię wierszy, wrzucę wam tylko grafiki bez transkrypcji.

WL1924nr277VIIb

WL1924nr277VIIc

WL1924nr277VIId

WL1924nr277VIIe

WL1924nr277VIIf

Co myślicie o twórczości doktora Salkowskiego?

Ja się na poezji nie znam.

Zastanowię się czy po jutrzejszym wpisie z odpowiedziami sprzed lat osiemdziesięciu nie zrobić czasem konkursu na nową dwudziestopierwszowieczną (poprawnie to napisałem?) interpretację sonetów pana doktora.

Informacja o konkursie pochodzi z numeru 27 Wiadomości Literackich  z 7 lipca 1924 roku.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 18

Dzień dobry!

Pani Wiosna w Krakowie się zjawiła:) A ja poprzedni tydzień miałem bardzo dziwny. Zupełnie jakby wyjęty z życiorysu. Ale już wróciłem i dam Wam garsteczkę “Książek najgorszych”:)

Dokładniej jedną książkę pana Jana Michalaka “Swój do swego”. Jest to sztuka ludowa o niesprawiedliwości społecznej i różnicach klasowych.

Wiadomości Literackie nr 29, 20 lipca 1924r.

WL1924nr2920VII

Książki najgorsze

“Jan Michalak. Swój do swego. Sztuka ludowa w jednym akcie ze śpiewami i tańcami. Zamość, Księgarnia Rolnicza, 1924; str. 32.

P. Michalak powiada przez usta chłopa Jamioły:

„Póki naród nie wykaże,
Że faktycznie pić nie lubi,
Póty Żydzi i pachciarze
Będą zdrowi wciąż i grubi.
A gdy jeden Żydek schudnie,
Zaraz w Polsce będzie cudnie!”

Strasznie mało potrzeba właściwie do uszczęśliwienia całego kraju. Wystarczy parę funtów mięsa żydowskiego!

Żyd Fruchtman tak namawia do picia:

“Pijcie, pijcie, głupie chamy,
Upijajcie się bez tchu (?),
Z wami sobie radę damy,
Gdy złożycie się do snu (!?).
Ja rachuję wszystko to.
Potem piszę byle co (?)”

Michalak sam pisze byle co, a o wódeczce musi mieć niezłe pojęcie i poważne doświadczenie w piciu, gdyż w swojej książeczce, obejmującej 32 strony druku, wymienia 28 gatunków wódki. M. in. spotykamy tam: ”Robaczówkę”, „Słonecznikówkę”, „Gorzycę”, „Mocarną”, „Drzewówkę” i tym podobne.

P. Michalak ma również dobrze wyrobione pojęcie o elegancji. W sztuce występuje hrabia Zbaraski, który przyjeżdża koleją do swego majątku i wysiada z wagonu z bukietem czerwonych róż, ubrany przytem we frak. Hrabia, który podróżuje we fraku, wyraża się bardzo górnolotnie, używając słów w języku nieznanym nam bliżej:

„Pardons mą ątante (!!!???)
Zrzucam z nieba niespodziankę,
Ofiaruję tę bogdankę,
Jak powiedział kiedyś Dante (!!!!)”.


Młody Jamioła dziękuje hrabiemu i powiada:

„Jestem ciemny, głupi chłop,
Nie mam smaku i ubioru,
Nie uczony, bez poloru,
Wymłócony jako snop.
W ciemię bito mnie od dziecka,
Ale nie znam co to gniewy.
Tyś jest ziarno, a ja plewy,
Dziś nam pachnie jedna kiecka”.

Wszystko jedno, niech się dzieje, co chce, ale nie mogę się oprzeć pokusie przyznania p. Michalakowi, że istotnie jest ciemny i głupi chłop, że nie ma smaku, że go bito w ciemię od dziecka, i że go jeszcze będą bili nieraz w życiu, jeżeli nie przestanie się zalewać wódką i pisać podobne świństwa.”

bt.

Mamy więc sztukę ludową z wyraźnymi akcentami antysemickimi oraz nieznajomością realiów obycia towarzyskiego.

Sztuka dotyka również problemu alkoholowego chłopów polskich.

Kolejny raz przekonujemy się, że walka o sprawiedliwość społeczną, równość, wolność i braterstwo powinna być czyniona przy pomocy ludzi posiadających talent pisarski. W przeciwnym razie autor może zostać odebrany jako podżegacz do pogromów i innych okropieństw.

Na pewno mamy wątek miłosny. Niestety nie ma w Jagiellonce dostępnego egzemplarza tej książki. Ja na podstawie przytoczonych fragmentów obstawiałbym miłosny trójkąt z Jemiołą, hrabim i bliżej nieokreśloną, ale pachnącą kiecką.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 17

Dobry wtorek macie? Ja mam dobry:) Jeśli nie macie dobrego wtorku to postaram się  choć  trochę  przyczynić do poprawy nastroju. Dlatego przytaczam Wam kolejny odcinek “Książek najgorszych”.

Co prawda lwią część pracy wykonał przed osiemdziesięciu laty dziennikarz Wiadomości Literackich, który przeczytał książkę niejakiego pana Stanisława Salkowskiego i opisał swoje wrażenia. Ja tylko skromnie wyciągam ponownie na światło dzienne ową zacną rubrykę.

O ciężkiej pracy pana Salkowskiego również trzeba wspomnieć, bo on w końcu tę książkę napisał.

Stanisław Salkowski “Dźwięki duszy. Sonety”.

Wiadomości Literackie nr 26, 29 czerwca 1924 roku.

WL1924nr2629VI

Książki najgorsze

“Dr. Stanisław Salkowski. Dźwięki duszy. I. (Sonety). Poznań, 1924; str. 114 i 6nl.

Nie wiem czego doktorem jest p. Salkowski, czy medycyny czy filozofii, ale w każdym razie minął się z powołaniem. Nie chcę przez to powiedzieć, że powinien być poetą, nie: p. Salkowski powinien zostać poprostu królem. Gdyby istniało królestwo grafomanów. Salkowski byłby tam czczonym i ubóstwianym monarchą.

Jak nędzne wobec „Dźwięków duszy” wydają się książki innych grafomanów. Trzeba nieraz parę stron przerzucić, żeby znaleźć jakiś idiotyzm. A jeśli i się już znajdzie, to są to przeważnie małe, biedne głupstewka w porównaniu z potęgą głuptactwa, zawartą w każdym sonecie Salkowskiego. Jego najwyższy majestat, najjaśniejszy pan grafomanji wielki książę na bzdurze, cesarz kretynizmu, doktór Stanisław Salkowski daje w swym małym tomiku temat do wielotomowych dociekań nad zwyrodnieniem umysłu ludzkiego i niepożyty żer dla stu tysięcy satyryków Europy i Ameryki.

Postarajmy się z całym spokojem i powagą zastanowić nad sonetem p. t. „Akademja”. w którym p. Salkowski powiada o Niemcach:

„Kuli szowinistyczne kultury frazesy

O niemieckiej wyższości, hakaty piwonię (!!)

Krzewiąc sztucznie, aby nas prowadzić w agonię

Przez Akademję Poznańską, rządów ekscesy”.

Co to znaczy? „Piwonie hakaty” — jakie to świetne i głębokie ujęcie rasy germanofilskiej. Pan Salkowski nie dla rymu zastosował słowo „piwonia”; o, nie — piwonia ma w sobie coś z piwa, więc budzi naturalną asocjację z Prusakami. Świetności tego wyrażenia nie zaćmią nawet ostatnie dwie linie wiersza, pozbawione pozornie sensu logicznego i gramatycznego.

Każdy przedmiot, każde wrażenie jest powodem do nowego utworu. Salkowski staje przed Bazarem w Poznaniu i z serca jego wyrywa się taki okrzyk:

„W Bazarze bawił Paderewski w wyzwolenia

Chwili, a później Haller i drugi Prezydent

Państwa. Od lat wielu Bazar życia ośrodek

Stanowi w Poznaniu, kultury swej nie zmienia.

W nim każdy w mieście ważniejszy incydent

Znajduje swoje miejsce, jak w pamięci przodek!”

Jest to porywające jako niezwykła melodyjność i polot, ale dlaczego Salkowski to, co jest poza nami, nazywa przodkiem?

Czasem obrazy jego wymagają wielkiej wnikliwości i sprytu. W wierszu p. t. „Rybacy” głupstwem jest, że autor mówi o łodzi, że „nie plami swego nazwiska”, trudniej jest jednak zrozumieć, co autor miał na myśli, pisząc o rybach:

„Ryby beztroskie na wierzch, chociaż oporne.

Podpłyną, sieć je pochwyci, jakby szydeł

Setki szyły obuwie na śmierci brankę (????)”

A więc sieć tak chwyta ryby, jakby setki szydeł szyty obuwie na śmierci brankę!

Powoli. Branka śmierci — jest to ktoś, kto jest w niewoli u śmierci, tedy ktoś umierający. A więc łapanie ryb czyni na p. Salkowskirn wrażenie, podobne do tego, jakie się ma, patrząc na stu szewców szyjących obuwie dla umierającej kobiety. Wielki umysł! Co za niepospolita łatwość narzucania obrazów. Płytki satyryk powiedziałby, że tylko szewc może mieć podobne myśli, kiedy patrzy na ryby, — ale my ze szczerym podziwem schylamy głowę przed tym potężnym kretynizmem.

W wierszu p. t „Serce” poeta mówi, że „zwalone trupy usuną krwi pszczółki”, ale jest to niczem w porównaniu do drugiego sonetu p. t. „Serce” (warjant), w którym niema ani jednej zbytecznej litery poza literą „n” w słowie „warjant”.

Pan Salkowski pojechał do Czech i tam zauważył, że „ze sklepień i ścian spływa odrodzenia rosa”, że:

„Katedra strzeże z zamkiem dróg poczynań jawy,

Nepomucen Święty oddala nieszczęść paszcze.

Palacky zbudził twych ziomków, w Germanji haszcze

Splątanych, niszczy Masaryk wrogie obławy”.

Są to wszystko rzeczy zupełnie zrozumiałe i jasne, i każdemu z nas podróż do Czech niewątpliwie nasunęłaby podobne wrażenia. Atoli pewne ustępy wymykają się mej spostrzegawczości. P. Salkowski wyznaje:

„Sen zwolna się skrada. Z siebie tworzymy pociąg.

Lokomotywę pierwszy przy oknie stanowi.

Wagony inni łączą przez głowę i nogi.

Z podróżnymi się bawi Morfeusz W rurociąg

Snu. Odpływ. Zaspany się zwraca ku domowi,

Zabłyśnie lęk, śmiechu łódź wiezie spokój jogi”.

Najbardziej zastanawia zabawa w „rurociąg”, którą uprawia Morfeusz. Co znaczy nagłe słowo „odpływ”? Łódź śmiechu, wioząca spokój jogi, przeraża mnie. Gdzie ona płynie?

Po czem można poznać, że jest zrobiona ze śmiechu? Dlaczego joga jest taki spokojny?

Jestem zmęczony i wyczerpany do ostatnich granic. Błagam czytelników „Wiadomości” o pomoc. W następnym numerze ogłoszę kilkanaście dalszych fragmentów dr. Salkowskiego. Kto nadeśle najlogiczniejsze i najdowcipniejsze objaśnienie tekstu, otrzyma 50 złotych, książkę p. Salkowskiego i uścisk ręki autora „Książek najgorszych””

bt.

Dostało się panu Salkowskiemu dostało. A przecież jego poezja jest mocno awangardowa i wydaje się sięgać, gdzie wzrok nie sięga. Wydaje się…


Konkurs został ogłoszony w następnym numerze. Ja Wam go przybliżę w następnym wpisie.

Książkę pana Salkowskiego można przeczytać w Bibliotece Jagiellońskiej. Tu jest karta katalogowa.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 16

Dzień dobry! Witam Was w poniedziałkowy poranek. Kolejny odcinek “Książek najgorszych” serwuję Wam. Dziwnymi zdaniami piszę, bo po weekendzie polskiego nie znam.

Przyznam się, że wpadłem ostatnio w jakąś hibernację czytelniczą i na razie nic nie czytam, jeno sobie podczytuję. Technicznie rzecz ujmując to jednak czytam:)

Postanowiłem również zrobić sobie detoks od Internetów i na swoje RSS w Google Readerze nie będę zaglądał tak często jak dotychczas. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Na razie nie widzę żadnych objawów odstawienia.

Wracając do “Książek najgorszych”. Dziś książka Bogósia robotnika pod tytułem “Socjalny program zbratania narodów i pokoju wieczystego”.

Wiadomości Literackie nr 24, 15 czerwca 1924

WL1924nr2415VI

WL1924nr2415VIa

Książki najgorsze

“BOGÓŚ (robotnik). Socjalny program zbratania narodów i pokoju wieczystego (poezje). Warszawa, nakładem autora; str. 32.

Właściwie książka ta nie jest najgorsza —jest bowiem na to zbyt krótka. Na trzydziestu stronach, rzadko zapełnionych wierszykami bez rymu, rytmu i sensu, poczciwy autor – robotnik stara się przekonać świat o konieczności zbratania się. Powiada on szczerze i poprostu;

„Ja przez nikogo wybrany

Chcę być posłem poległych

I na takich podstawach

Pragnę mówić przez trzy dni.”

Autor chce, zdaje się, mówić nie przez trzy dni, a poprostu trzy po trzy, i udaje mu się to najzupełniej.

 Z poza mozolnie gładzonych frazesów przegląda co chwila pospolita trywjalność i fałszywa ambicja zwykłego kabotyna. Pan Bogóś niepotrzebnie udaje proroka; sądząc po fotografji i sposobie wyrażania się, lubi sobie wódeczkę i po fajerancie zażera się kapustą z grochem. Jest on z typu tych zabójczych półmędrków chłopskich, co to mówią przy każdem słowie: „Powiem już faktycznie, że Rosjan nie wykazał”.

„A Bóg mówi podług Pisma świętego,

Jeżeli podzieliliście się nazwami:

To Anglik, to Francuz,

To Niemiec, to Rosjan” (!)

Najbardziej fascynujący jest obraz kobiety piorącej:

 „Tym znękanym matkom,

Stojącym przy praniu

Na jednej nodze,

Drugą dziecko kołysze

I śpiewa mu ze łzami

I obiad skromny gotuje,

Cztery roboty naraz,

A ojciec z synami na wojnie

 I za co?

Że jest naród podzielony,

Za to,

 A córkę rozpacz ogarnia,

Że ją spotka to samo”

Co ją spotka? To samo, co naród, to znaczy, że ją podzielą. Zajmuje mnie też matka – ekwilibrystka, która pierze bieliznę, kołysze dziecko, stojąc na jednej nodze gotuje obiad i śpiewa tak wymyślne bzdury jednocześnie. Jestem o tę kobietę spokojny: da ona sobie radę w życiu.

Niedość jest mieć szlachetne tendencje, ale trzeba umieć je wyrazić. To p. Bogóś jako robotnik powinien zrozumieć. Niechby np. p. Bogóś spróbował wyplatać krzesełka, nie mając o tem pojęcia, — napewnoby wyplótł takie brednie, jak w swojej książeczce.”

bt.

Przyznam się Wam, że podczas czytania tego tekstu byłem trochę zły na recenzenta, który być może niesprawiedliwie oceniał robotnika pragnącego równości i sprawiedliwości. I robotnik ów to pragnienie chciał wyrazić najlepiej jak umiał. A tu się z niego śmieją, że wódeczkę i kapusta z grochem.

Obraz kobiety pracującej być może zbyt ekwilibrystyczny, ale nie zmienia to faktu, że kobiety – robotnice miały wtedy naprawdę ciężki los.

Dopiero ostatni akapit złagodził moje poirytowanie na członka redakcji “Wiadomości literackich”. Dziś napisalibyśmy mieć “szlachetne intencje” (zobaczcie jak się język może ciut zmienić).

Książki robotnika Bogósia nie znalazłem w Jagiellonce.

Numer “Wiadomości Literackich” tradycyjnie znaleziony w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 15

Dziś nie będzie o alkoholu we wstępie. Dziś nie będzie niczego. Od razu przejdę do rzeczy, czyli “Książek najgorszych”.

Zbiorek wierszy z gatunku poezji erotycznej autorstwa Juliusza Pogonia – Ślizowskiego “Uśmiechy i łzy”

Wiadomości Literackie nr 22, 1 czerwca 1924

WL1924nr221VI WL1924nr221VIa

Książki najgorsze

“Juliusz Pogoń-Ślizowski. Uśmiechy i łzy. Poezje erotyczne. Warszawa, 1924; str. 85 i 3nl.

Wiersze, składające się na ten tomik, pisane były w następujących miejscowościach: Lwów, Budapeszt, Kraków, Warszawa, Arys…, Minden, Poznań, Sejny, Wołyń, Dusseldorf, Struga, Urle, Arciszewo, Suwałki, Grodno, Wilkanów i Orszymów.

Jak widzimy, p. Pogoń puścił się w pogoń za rymami, sądzę jednak, że nie warto było wyjeżdżać z Grodna, żeby przywozić tego rodzaju utwory. Już na pierwszej stronie czytamy o jakiejś pani, która „wyciągła” ręce, a nieco dalej:

„Zamknięta długo, pomkła (!) w pełne morze,

Po smudze światła, co polarne zorze

Rzuciły w górę na fal roje schodów” (!).

Wyrażenie „roje schodów” przejmuje mnie dreszczem trwogi. Gdyby przyszedł do mnie jakiś poeta i przeczytał mi coś w tym rodzaju — wygnałbym go bez litości. W domu moim nie roi się, co prawda, od schodów, ale są jedne — zupełnie dostateczne do zrzucenia z nich i paru nawet grafomanów.

W książeczce p. Pogonia roi się od błędów oraz imion kobiecych. Jest tu cały kalendarzyk imion, w których rej wodzą pp. Halszka, Halina, Lili, Misi, Rysia, Hanka, Bronka, nawet „Märy”: ta, opatrzona dwiema kropkami nad „a”, występuje w następującym czterowierszu:

„Śnię często nocą, że słyszę dzwony,

że srebrne dźwięki gonią w etery…

I tworzą hymny na imię Märy,

 Śnię często nocą.., śnię mój Miljony!”

Autor przyznaje się, że słyszy jak dzwonią, ale nie wie gdzie, — a ukochaną nazywa „Miljonem”. Pan Pogoń źle przeliczył: jeśli chciał nazwać ją złotą, powinien był dodać osiemset tysięcy (1 złp. = 1.800 tysięcy).

 Zastanawia mnie najbardziej, skąd p. Pogoń bierze pieniądze na te ciągłe rozjazdy po prowincji. Pewne wyrażenia każą mi przypuszczać, iż jest poprostu komiwojażerem. Ostatni wiersz „Kołysanka’, w którym „bławaty” rymują się z „karatami”, wskazuje branżę bławatną albo jubilerską. W wierszu tym sympatyczny p. Pogoń skarży się:

„Hanko, wątpisz w cudne rano,

Co się budzi z mgieł roztoczy…”

Czy można „wątpić w rano”? Zdawałoby się, że nie, — a jednak po przeczytaniu książki p. Pogonia zaczyna się wątpić o sensie życia, i nie wierzy się własnym oczom.”

bt.

 

Poezjo, ach poezjo! Ileż Się cenić trzeba, żeby wiersze swoje wydawać w latach międzywojennych. Gdzie  występowały strajki drukarzy, gdzie galopująca inflacja, gdzie bieda państwa polskiego, które dopiero co zaczęło się zrastać po 123 latach niewoli w zdrowy organizm. Cenić Się trzeba było bardzo.

Ciekawe czy znacząco ucierpiała miłość własna pana Juliusza Pogonia – Ślizowskiego, gdy przeczytał opinię o swojej książce. A może w ogóle nie ucierpiała, bo opinii nie czytał, a życie czerpał garściami, bo trochę świata zwiedził. I stać go było na wydawanie swej twórczości.

A może przez autora opinii przemawia lekkie uczucie zazdrości, że pan Pogoń tyle świata zobaczył.

Książki Juliusza nie znalazłem w Jagiellonce, za to są informacje w Biblionetce o kilku innych książkach autora. Niestety bez zaznaczonych ocen.

Tradycyjnie znalezione w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

 

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 14

Alkohol to zło. Tym jakże filozoficznym, pełnym głębokich przemyśleń stwierdzeniem zacznę  dzisiejszy odcinek “Książek najgorszych”. Na tym blogu często powtarzam to zdanie. Alkohol to zło. Wyjdzie człowiek ot tak kulturalnie na dwa piwka, bo środek tygodnia, bo nazajutrz do pracy trzeba iść. I wyjdzie człowiek na te dwa piwka i ani się obejrzy, a kończy na Plantach o trzeciej nad ranem, wsuwając kebabczyka od Araba, który już go trochę kojarzy i zawsze przygotowuje go tak jak człowiek lubi: na bardzo ostro. I tak człowiek umiaru nie zna, choć swoje lata ma, swój, że tak powiem rozum też posiadać człowiek powinien. A tu dupa zbita. Człowiek myśli, że studętę przez chwilę jeszcze pobędzie. Alkohol to zło, a upływający czas to jeszcze bardziej złośniejsze (ładne słówko?) Zło.

Żeby Wam osłodzić zbliżający się weekend, wywołać uśmiech na Waszych twarzyczkach przytaczam świetny tekst z Wiadomości Literackich dotyczący książki pana Edwarda Krafta “Jak dojść do majątku”

Wiadomości Literackie nr 21, 25 maja 1924

WL1924nr2125V

WL1924nr2125Va

Książki najgorsze

“Jak dojść do majątku? Napisał prof. Edward Kraft. Częstochowa, „Polbion”, 1924; str. 78.

Autor podaje tak niezawodne sposoby wzbogacenia się, iż nie warto się nawet o to starać. I tak niedługo wszyscy będą. bogaci.

 „Jeszcze będąc dzieckiem należy uczyć się zarabiać i oszczędzać. Najmniejsze nawet dziecko nie powinno się odnosić lekkomyślnie do pieniędzy. Widziałem trzyletniego chłopca, który miał dwa tysiące funtów” (?!).

Wiadomo mi, że małe dzieci „zarabiają”, ale nie wiedziałem o tem, że pieniądze. Co zaś do chłopca, to myślę, że jest on wyssany z palca, o ile można wyssać coś tak potężnego jak chłopca o wadze 50 pudów. Jeśli autor miał na myśli funty sterlingi, to jest sam małem dzieckiem, znam bowiem nawet w Warszawie najświeższe noworodki, obciążone dziedzicznie paroma kamienicami.

Pan Kraft oblicza: „Gdybyśmy tylko przez lat 30 odmawiali sobie palenia, picia, biletów teatralnych i bywania w dancingach, mielibyśmy poważny kapitał obrotowy”.

Nie, panie K.! Znam pewnego sekretarza teatru, który od 30 lat odmawia biletów teatralnych — i jest w nędzy. Znam także ludzi, którzy właśnie na biletach teatralnych, dancingach lub tytoniu zarabiali poważne fortuny. Gdyby „tylko przez 30 lat” odmawiać sobie wszelkich przyjemności, to już nie widzę powodu, aby na starość zacząć pić, tańczyć i palić.

Przypomina mi to powiedzenie Bernarda Shawa o ruletce: „Wiemy, że utrzymujący ruletkę ma więcej szans od grających, — dziwne więc, iż niema namiętności do utrzymywania ruletki, a istnieje namiętność do grania”.

Autor przyznaje się zupełnie bezwstydnie: „My — ludzie ubodzy — marzymy przez całe życic o złocie, co leży na ulicy i nie widzimy go” (!). Więc p. Kraft jest ubogi! Bezczelność. Po tem wszystkiem, cośmy od niego słyszeli, wydawaćby się mogło, iż p. Kraft jest miliarderem, który łaskawie użycza sekretu bogactwa wynędzniałej ludności. Pozatem pozwolę sobie zwrócić uwagę na złoto, które leży na ulicy. Nie wszystko co leży na ulicy i jest żółte, musi być złotem. Jeśli p. Kraft jest innego zdania, mogą go nieraz w życiu spotykać przykre rozczarowania.

Na końcu książki „profesor” dodaje jeszcze: „Ludzie ubodzy są to albo niedołęgi albo utracjusze albo nałogowcy lub wreszcie obciążeni umysłowym defektem”.

Pan Kraft jest sam ubogi, jak się do tego przyznał, nie wiem tylko, który z powodów powyższych da się do jego ubóstwa zastosować. Mam wrażenie, te „obciążenie umysłowym defektem” ma najwięcej szans powodzenia.

Po przeczytaniu tej książki został mi w pamięci i męczy mnie obraz trzyletniego chłopca, który zebrał dwa tysiące funtów. Zarażony metodą p. Krafta obliczyłem, iż chłopiec ten po dojściu do pełnoletności będzie miał wszystkie pieniądze całego świata. Z każdym bowiem rokiem zdolność gromadzenia pieniędzy będzie się powiększała. Sądzę, że p. Kraft, chcąc dać dobrą radę zbogacenia się, powinien wskazać poprostu adres tego chłopca.

Jeśli ma istotnie trzy lata, możnaby sobie z nim dać radę.”

bt.

Zawsze mnie dziwiło kto pisze takie poradniki, i kto je czyta. “Jak żyć?”, “Jak wchodzić po schodach”, “Jak poprawnie zakładać skarpetki” i tym podobne “mądre” książki wydają się podawać gotowe rozwiązania wszystkich naszych problemów. Tylko, że ich tak naprawdę nie rozwiązują, a autor często nie prowadzi trybu życia zgodnego z własnymi wskazówkami. Widocznie pan Kraft jako ubogi człowiek chciał dojść do bogactwa pisząc książki, niestety trudna to droga i nie każdemu jest dane wspiąć się na szczyt.

Książki pana Krafta nie znalazłem w Jagiellonce. A sam tekst recenzji bardzo mi się podoba.

Tradycyjnie znalezione już w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

 

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 13

I znowu mamy poniedziałek, i znowu zaczynamy znojny trud tygodnia. Mógłbym Wam tak o tym poniedziałku godzinami pisać, narzekać jaki to on paskudny jest, jaki okropny, że łooo jezu jak mi się nic nie chce, ale prawda jest taka, że ja nic do poniedziałków nie mam. Taki już los tego biednego dnia tygodnia, że musi być pierwszy.

Nie martwcie się niedługo ludzkość wespnie się na taki szczebel rozwoju technologicznego, że weekend będzie miał trzy dni. I wtedy wszyscy będą nienawidzić wtorków.

A tymczasem na poprawę humoru pocieszmy się tym, że nie musimy tak ja recenzent z Wiadomości Literackich czytać kiepskich książek. Nie musimy się denerwować na autorów i dostawać ataków wściekłości. Kolejne książki “najgorsze”.

Wiadomości Literackie nr 19, 11 maja 1924 i książka pana Stefana Okólicza – Jurskiego “Wódz ludu”.

WL1924nr1911V

WL1924nr1911Va

Książki najgorsze

“Wódz ludu. Dramat aktualny w 3 aktach (10 obrazach) wierszem. Napisał Stefan Okólicz-Jurski. Poznań, 1924; str. 129 i 1nl.

Pan Okólicz bardzo okólną drogą, bo aż przez Paryż, Krym i Warszawę, bierze się do dramatu aktualnego. W prologu powiada on:

,.Bijcie bębny i basy,

Stary mówi do dzieci:

Nowe przyszły czasy,

Jak ten czas leci!”

Zdaje się, że „bijcie bębny” — znaczy poprostu, żeby bić dzieci. Niech p. Okólicz pomyśli o tem, że i stary może dostać czasem porządne lanie.

W pierwszym akcie, który się dzieje w Paryżu, generał Foch mówi do polskich legjonistów:

„Na bagnety, byle z wiarą!

Jak za czasów San-Domingo,

Niech chorągiew waszą szarą (!?)

 Miecz obroni swoją klingą”.

Jak to?! Więc p. Okólicz posunął się do tego, że w nędznej, podłej potrzebie znalezienia rymu sfałszował kolor polskiego sztandaru! „Chorągiew szarą” ? Dlaczego nie „starą”?

Bohaterka sztuki, Jadwiga Łędzka, więziona przez bolszewików, modli się o swoją wolność i o wolność Polski:

 „Puśćcie mnie, kraty, — chcę wracać do kraju.

Beze mnie gnije mój lud! (?)

Biedny lud ciemny, co na rozstaju

W uliczny zapada się brud!”

Jeżeli już o brudach mowa, to autor wziął rekord brudu moralnego, każąc swojej bohaterce bezpośrednio po tej wątpliwej „modlitwie” sprzedać dwunastoletnią córeczkę dozorcy więziennemu. Córeczka powiada do matki ni mniej ni więcej tylko:

„Żegnaj, wyrodna (?), idę na hańbę,

A za to, żeś mnie wydała i za to żeś mnie stworzyła,

Czeka cię cios i mogiła” (!?)

Panie Okólicz! Za to, że pan „stworzył” ten dramat, i za to, żeś go pan „wydał”, czeka pana cios —- i to bez żadnej przenośni: poprostu prędzej czy później ktoś bardzo zdenerwowany zbije pana na ulicy.

 Szczytem pomysłowości p. Okólicza jest scena końcowa, gdy połączone wojska polskie wkraczają na Krym i łączą się z kontrrewolucją rosyjską. Na scenę wchodzi, po strasznej scenie zamordowania starej Żydówki R., która wszystkim zatruwała życie, sam we własnej osobie generał Wrangel i śpiewa: (!)

„Rosjanie z Polakami

 Różnemi szli szlakami,

 Aż u dalekich dróg

Zwycięstwo dał im Bóg.

I dziś pójdziemy wspak (!)

Na nowej prawdy szlak!”

Niech pana szlak trafi za takie wiersze.”

bt.

Oj zirytował się nasz recenzent. I to tak, że nawet grozi rękoczynami autorowi. Kiedyś literatura rozbudzała prawdziwe emocje. Zwłaszcza ta kiepska literatura.

Nazwiska autora w Jagiellonce nie znalazłem. Co prawda ten Okólicz przez “ó” kreskowane wydaje się być pisanym z błędem, ale to jest nazwisko i nie takie rzeczy w nazwiskach się znajdują.

Korzystałem jak zwykle z “Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej”.