Łukasz Radecki “Bóg Horror Ojczyzna – Wszystko spłonie.”

źródło: literaki.pl

źródło: literaki.pl

Moje spotkanie z drugą częścią „Bóg Horror Ojczyzna – Wszystko spłonie.” było poprzedzone dość radosnym oczekiwaniem na ponowne zanurzenie się w świecie ultrakatolickiej Polski, gdzie oficer Katolickich Służb Specjalnych „Stonka” i jego partner Maks walczą o sprawiedliwość i topią smutki w litrach wódki (rymowanie to moje powołanie). Muszę się Wam przyznać, że doznałem lekkiego rozczarowania. Naprawdę liczyłem na ponowne zanurzenie się w takim niby futurystycznym świecie i chciałem poczytać o kolejnych brutalnych morderstwach popełnianych albo przez satanistów, albo przez świrów i zboczeńców. Moje nastawienie było więc jak najbardziej pozytywne.

CZYTAJ DALEJ ->

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 20

Tak jak obiecałem wczoraj. Wrzucam tutaj zwycięskie odpowiedzi na konkurs “Książek najgorszych”. 19 prac zostało nadesłanych, a zwyciężyli Magdalena Samozwaniec i Jerzy Liebert! Nazwiska, które odcisnęły swoje piętno w literaturze polskiej. Dodam, że Samozwaniec już miała opublikowane książki, a Liebert był przed debiutem. Trzeba więc brać udział w konkursach, bo kto wie…

Zwycięskie interpretacje ukazały się w numerze 34 z 24 sierpnia 1924 roku.

WL1924nr3424VIII

WL1924nr3424VIIIa

 

“Na  II konkurs „Wiadomości Literackich”, którego warunki były ogłoszone w nr. 27, nadesłano razem 19 odpowiedzi: książka dr. Salkowskiego „Dźwięki duszy” w krótkim czasie osiągnęła tedy rekordową ilość recenzyj. Nadesłane objaśnienia opatrzono w następujące godła: „FF”, „Zet”, „Bez godła”, „Samb”, „Jotbe”, „Gozdawa”, „Lasciate ogni speranza”, „Risum teneatis”. „B. Książkiewicz”, „Nałogowiec”, „Granaty”, „Ridens”, „Może można coś zarobić”, „Powsinoga beskidzka”, „Pereat ars, fiat grafomania”, „L. S.”, „Ermat”, „Kani”, „Ten”.

Nagrodę przyznano odpowiedzi pod wezwaniem „Może można coś zarobić”; po otwarciu koperty okazało się, że autorką tej odpowiedzi jest Magdalena Samozwaniec.

Dodatkową nagrodę w kwocie 40 złotych odznaczono pracę pod wezwaniem „Granaty”; autorem jej jest Jerzy Liebert. Oba „objaśnienia” wierszy p. Sułkowskiego przytaczamy poniżej in extenso.”

Na pierwszy ogień pójdą interpretacje pani Samozwaniec.

WL1924nr3424VIIIb

„Rynek”.

Autor wiersza „Rynek” opisuje wrażenia, które w nim wzbudzają Sukiennice, oglądane w nocy po powrocie z teatru „Bagatela”. Wydają mu się one ni to klombem irysów, ni to czarodziejskim upominkiem, złożonym Polakom w darze na rynku. Po (krótkim) namyśle autor przychodzi do przeświadczenia, że dzisiaj nikt by już Polsce takiego prezentu nie zrobił. Świat się tak zmienił po wojnie! („Nowoczesny człowiek do takiego uczynku nie byłby zdolny”). Conajwyżej „bajeczne ibisy” („die lbise des Kranickus”) przynieśćby mogły tę architekturę hurysy. Poeta hurysę jako taką pojmuje architektonicznie i wystawia ją sobie szeroką, sklepioną i starą, pod której ciepłą koroną można śnić w śnieżyce. — Dźwięki hejnału poniosły następnie poetę w stronę historji Polski I jej krwawych dziejów. Wysoce taktownie, wspominając niebezpiecznych wrogów ojczyzny, wymienia p. Salkowski tylko Tatarów. Są oni bowiem politycznie najmniej obecnie szkodliwi i choćby się obrazili,— nie szkodzi. Zresztą sos tatarski nie zaszkodził jeszcze żadnej potrawie, dlaczego więc miałby zaszkodzić wierszowi?

WL1924nr3424VIIIc

„Lowrana”.

W pięknym wierszu „Lowrana” opisuje autor zmienną i ruchliwą falę Adrjatyku, która, leżąc w „hamaku morskiej toni” , kołysze się, pryska, syczy, zachęca do broni, dzwoni na alarm i uderza całą siłą w pokrowiec morza, czyli wodę, przyczem doznaje przykrej porażki; jakiej— któż wie? Któż przejrzy tajemnicę morskiej fali? . Mniejsza więc o to, — fala zresztą szybko zapomina o przykrości i atakuje z życiem żaglowiec, jadący razem z poetą z Lowrany. Na dziobie okrętu stoi ponury Włoch, nie przedstawiający się nikomu, ciemna figura, która brodzi we własnej pianie, klnie ze złym ogniem w oczach. Dostał morskiej choroby, więc jest wściekły. Zresztą Polak możeby tak tego nie odczuł, ale Włoch jako Włoch jest rozgoryczony, że się „druchny” wodne zamieniły w „zielono-siwe konie”, w „sto fal owiec”, a wreszcie w zwyczajny „pokrowiec”, który jednakowoż miał jeszcze dość tupetu, by się przeistoczyć w skaczące „jagnię”.

WL1924nr3424VIIId

„Fredro”.

Poeta w wierszu „Fredro” ubolewa nad tem, że znakomity komedjopisarz nie siedzi żywy w swoim dworku (obecnie „Kawiarni Szkockiej”), lecz bronzowy na Akademickim placu, na oczach wszystkich. Dr. nazywa go „malarzem słabostek”. Salkowski, pisarz „przeróżnych słabostek”, umie to ocenić! Po (krótkim znów) namyśle poeta przyznaje, iż jest w tem siedzeniu jowialnem na placu tyle dobrego, że „mocarz uśmiechu”, patrzący z „grymasem ironji”, niepokoi gromadę ludzką, nadętą i próżną. Niejeden pomyśli sobie: „A nuż co o mnie napisze? —Niby na oko posąg,  ale co to tam można wiedzieć? —Ho, ho, z takim trzeba uważać!— Są na świecie, może w Afryce, jakieś wyśmiewane bardzo „kolonie” (widać zasłużyły na to…).— Jeszcze mnie tam wyśle, bym mu nie przeszkadzał napisać o sobie komedji. Taki to widzi za wonią róży i za piwonją całkiem co innego, on już wie, co za tem siedzi!”

WL1924nr3424VIIIe

„Kąpiel”.

Pan Salkowski jest nie tylko poetą, ale i doktorem. Doktorem medycyny — sądząc z wiersza „Kąpiel”. Lekarze nigdy nie zalecają szczerze kąpieli morskich, twierdzą, że działają one osłabiająco, wyczerpująco, że zastąpić je można znakomicie iniekcjami „kakodilu”, Ciechocinkiem lub „piperaziną”, a przedewszystkiem przestrzegają, by po dłuższej przerwie nie kąpać się od razu po raz pierwszy, bo może być źle. Śliska to droga morski piasek — potem słabo — słabo!” — A mówiłem, prosiłem, cóż kiedy starego Salkowskiego nikt nie słucha. — No ale juk po krzyku; — łyk koniaczku, i wszystko będzie dobrze. Tylko na drugi raz ostrożnie z „falą-żabą”, która może się zamienić w „pokrowiec”! (patrz wiersz p. t. „Lowrana”).

WL1924nr3424VIIIf

„Rybacy”.

Autor w tym wierszu, pełnym nastroju, błękitnej cichej wody, czerwonych żagli i zapachu ryb, oddał sprawiedliwość motorówce, znanej zaszczytnie (pod tem nazwiskiem) z tego, że nie czyni rybom żadnej krzywdy. W ostatnich trzech wierszach znać głębokie reminiscencje wojenne: „branka, jak wiadomo, oznacza to- samo co „pobór” vel (ale nie very well) „mobilizacja”. Poeta został prawdopodobnie zaraz na początku wojny powołany, choć nie był żadną grubą rybą — to ostatnie wrażenie ocknęło się w nim i skojarzyło z widokiem ryb zaganianych w sieć. „Jakby szydeł setki szyły obuwie na śmierci brankę” rozumiem tak: czyż można większe buty uszyć rybom, jak je złapać w sieć? Zresztą jeśli szydło może wyjść z worka, czemu nie miałoby wyjść z wiersza? 

To tyle jeśli chodzi o panią Magdalenę Samozwaniec z domu Kossak.

Teraz czas na Jerzego Lieberta. Nie będę tutaj wrzucał grafik, bo będą źle wyglądały. To jest jeden długi tekst i rubryk w gazecie kilka. Wrzucę Wam transkrypcję.

“Do wierszy Salkowskiego należy przystępować bez tych uprzedzeń, jakie ogarniają nas przy czytaniu współczesnej poezji polskiej.

Poeta ten, nawskroś aryjski, w głębi serca Słowianin z kości, po których płynie krew błękitna, miłującemi rękoma ogarnia kraj, od krakowskiego grodu począwszy — aż po wybrzeża pomorskie.

Drzemie w nim duch przodków, to też, pochylony niby limba płacząca nad i otchłanią przeszłości, upuszcza w nią gorące łzy tęsknoty, odwracając się tyłem do maluczkiej i mizernej teraźniejszości. W stalowe łożysko sonetów, tę ojczyznę Petrarki, Ronsarda i wielu innych duchów wielkich tego świata, wlewa poeta jasny i pogodny strumień mowy ojczystej, a olśniewające metafory niby ptaki ogniste rozświetlają zadumaną i smętną duszę poety. Przerzucając te kartki, od których wieje duch krzepki syna wielkiego narodu, pochłaniając te słowa, krwią błękitną i potem serdecznym pisane, zatrzymuję wzrok nad wierszem p. t. „Rynek”.

Poeta uderza tu odrazu w strunę najwyższą — staje na rynku krakowskim. Smutny powrót z „Bagateli” napełnia go niebywałym sentymentem. Dookoła wyrastają Sukiennice, niby „kształtne irysy” i „architektury hurysy, te upominki ibisa przeszłości.

W poecie, człowieku nowoczesnym, zdolnym jedynie do podziwu, budzi się iście polskie pragnienie snu i cichych gawęd przy kominku w noce śnieżyste i wietrzne.

W rozmarzenie, w tę wizję bolesną autora, wdziera się hejnał z wieży Marjackiej i ginie „w echo, ciszę”. I oto przepiękne porównanie, świadczące o gorącem zamiłowaniu autora do dziejów ojczystych: „Tak ongiś życia strumień i zamarł wśród grabieży Tatarów w Polsce.

Ale to nic. Bo hejnał zagrzmi znów jutro i pojutrze pobudkę do czynu, a ochotni rodacy wezmą się do obrony, by gnać precz szkodnych, i poeta, którego mowa perli się od hurysek, ibisów i irysów, mówiących tak wiele o tęsknocie Salkowskiego do egzotyki, jak Ikar rozwija żagle, by już w wierszu p. t. „Lowrana” płynąć na pełnem morzu.

Fala, bujająca się w hamaku Adrjatyckim, wita nowego oblubieńca pryskiem i sykiem, zachęcając druchny swoje, fale szumiące, do tego samego. Cały wiersz przedstawia groźny obraz walki rozpętanego żywiołu z „ruchomym pokrowcem” statku, mknącego na grzbietach kolorowych koni do Lowrany, na który raz po raz wskakują bałwany, jagnięta i owce morskie. I oto, gdy natura ukazuje swoje zachmurzone oblicze, przychodzi w południe zaduma nad nikłością człowieka, „l’italien inconnu”, stojącego na dziobie w powodzi „piany i przekleństw”.

Ten zmysł podpatrywania wiecznej walki człowieka i zwierząt z naturą stanowi wybitny pierwiastek romantyzmu w poezji pana Stanisława.

Przez wszystkie szpary tych strof przebije jednak nienasycona niczem tęsknota za ojczyzną. Ale mimo te wybuchy romantyczne, drzemiące w dźwięcznej duszy Salkowskiego, z czcią należną uchyla on głowy przed klasyczną komedią polską.

Wiersz „Fredro” jest śpiżowym dorobkiem poety. Jowialny staruszek, siedzący na placu Akademickim, „dla wszystkich na widoku, nie w swoim pałacu”, niestety, jest, według poety, symbolem postrachu dla przechodniów, a jego upiór niejednokrotnie napełniał serce doktora niepokojem i lekkim dreszczykiem.

„Znakomity przeróżnych słabostek malarzu!” woła poeta. Chętnie wybaczamy Salkowskiemu drobne słabostki (rzecz ludzka!), widząc jego ból serdeczny, z jakim mówi o „fraszkach, (co są już w agonii)”. Upadek satyry i humoru w niepodległej Polsce napawa poetę tkliwą melancholią. Bo i prawda. Któryż z nas nie pomyli, wąchając dygnitarzy, zapachu róż i piwonij. Poeta dyskretną szpadą dotyka tu urzędników państwowych, co czerwoni i wyrośli jak róża, pełni jak piwonia, zasiadają w polskich urzędach.

Lasso dowcipu, niestety, dostało się dziś w ręce ludzi, którym należałoby dać widły i kłonice. „Wyśmiewane kolonie” świecą dziś pustkami. I oto poeta, w jednym zdaniu, charakteryzuje na tle płytkiej współczesności dostojną postać Fredry: „Naturą bowiem twoją jest chęć żartobliwa”.

Nawet człowieka, mało znającego komedie mistrza, wzruszy ta rozbrajająca prostota, z jaką autor odmalował twórczość Fredry. Pewien znawca tego największego komediopisarza polskiego i znany autor paru komedyj i fars, po przeczytaniu przeze mnie nagłos powyższego wiersza, zawołał dowcipnie: „A to go wziął pod włos!”.

Wbrew wszystkim poetom najmłodszej Judeo-Polski, odsuwającym na bok zagadnienia etyczno-społeczno-moralne, Salkowski z niebywałą odwagą i z odrobiną gryzącej ironii stara się rozwinąć , powyższe problematy. Wiersz „Kąpiel” jest tego najlepszym dowodem.

Myliłby się każdy, ktoby przypuszczał, że kąpiel ta to zwykła zabawa kąpielowa na plaży w Gdyni albo Sopotach. Nie, terenem jej jest cale nasze życie!

Poeta ukazuje nam tu nieustraszonego mężczyznę-samca, który z samozaparciem się i z „modrem wezgłowiem” rzuca się nurkiem w to morze wiecznych żądz i namiętności.

Lecz wielu ludzi samotnych przewraca się w dali i „powstać nie potrafi”. To też bojąc się „mocy elementu” życia, łączą się ludzie w wianki, pod których postacią przemyca poeta wieńce ślubne. Lecz i tu poeta nie traci tak rzadkiego, na szczęście, humoru. . .

Mądre, pogodne rozwiązanie problematu, który męczy nas wszystkich i wokół którego, niby bluszcz palący, owijają się nasze tęsknoty. A ludzie inni, cóż, przechodzą nad tragedją wewnętrzną i zewnętrzną tego czy owego członka i „życiem rwani”, „weselą się falą-żabą” soków żywotnych, co niby żabka zielona skacze z miejsca na miejsce, z góry na dół. Przykra jest rola krytyka, który w tych gorzkich słowach poety musi dopatrywać się jego osobistych zawodów miłosnych.

Ale już w wierszach innych spokój owłada duszą poety. W „Rybakach”, tym sielankowym obrazku, przedstawiającym połów śledzi w morzu polskiem, poeta z sercem napełnionem wdzięcznością dla piękna przyrody śledzi majestatyczne maszty i „łodzie rybackie bez liku”. Cisza. Nawet motorówka lubym szmerem nie mami ryb, i w tej wielkiej harmonji człowieka ze światem „nie plami swojego nazwiska”. Rybacy „na wojnę ruszają z czujnemi rybami”, a wieczór rozpina cienie, i „barki i łodzie dostają niby skrzydeł”. Zdumiona fala gra swoją rzewną kołysankę, a „ryby beztroskie”, nie czując zbliżającej się godziny odwetu, zachwycone tą melodją chwili wieczornej, wpływają bezradne, „chociaż oporne”, do sieci.

I wybucha w poecie gorycz i żal, że dlatego to setki szydeł uszyły to obuwie śmiertelne dla ryb, i oto „śmierci branką” kończy poeta swój akord, — wpatrzony dobrotliwie w dzień zachodzący nad morzem.

W Salkowskim witamy nową gwiazdę wzeszłą nad wyleniałe krawędzie polskiego parnasu, poetę krańców ziemi i mowy ojczystej.

Sursum corda!”

I jak Wam się podobały interpretacje? Liebert nieźle popłynął:) Ja dałbym główną nagrodę jemu.

Znalezione jak zwykle w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej.

“Książki najgorsze” – rubryka z “Wiadomości Literackich”. Vol. 5

I kolejne “Książki najgorsze”. Tym razem ocenione przez samego Antoniego Słonimskiego. Nie tylko ocenione, a nawet zobrazowane. No może nie książki, ale autorzy owych książek zostali narysowani ręką Słonimskiego.

Dwóch Henryków dziś. Henryk Sel “Kwitnąca radość. Poezje” i Henryk Rosenberg “Okruchy śnień”. Wiadomości Literackie, nr 6 10 luty 1924r.

Książki najgorsze

Henyk Sel. Kwitnąca radość. Poezje.  Warszawa, Wydawnictwo „Ars Artis”; str. 59 i 5nl. — Henryk Rosenberg. Okruchy śnień. Winjetę tytułową malował prof. T. Korpal. Kraków, Księgarnia Jagiellońska, 1924; str. 73 i 5nl.

Sel wprowadza krańcowo różne pierwiastki do swych poezyj. Od cichej zadumy aż po „zwariowane szatanskyje chychoty”. Sel jest demoniczny, — Rosenberg tylko smutny, bardzo smutny i delikatno uczuciowy. Sel jest dziki, roztańczony, rozkapryszony sowremiennyj jewrej. Za mało mu plugawych wierszy, które czyni na ziemi, — zwraca się on do słońca z głupkowatą pogróżką:

„Pytasz, jaki będzie zysk,

Gdy wreszcie cię dostanę?

Ja na twojem miejscu stanę

Albo tęgo lunę w pysk”.

Gdyby nam dano do wyboru słońce i osobę p. Sela, skłonni jesteśmy przypuszczać, że słońce nie dostanie po pysku.

„Jutro rano stanę na balkonie

 I opluję kapelusze pięknym damom”

Rosenberg nigdyby nie powiedział czegoś tak ordynarnego. Subtelna, czysta dusza tego nieskazitelnego okazu szwalbizmu, lubuje się raczej w niedomówieniach i niedokładnościach językowych. Nawet o krzesełku wyraża się on z uznaniem:

„A przecież aksamitne są twoje krzesełka. Aksamitne… Jak przeguby twojego ciała… Jak wibracja twoich nerwów…”

Ujuj… Słowem, powiada p. Rosenberg, że wibracja nerwów tej damy przypomina mu krzesełko. Czasami tylko Rosenberg znajduje silne akcenty pokrewne Selowi:

„Wejdźcie do pierwszej z brzegu ulicznej [kokoty,

 A później, psiakrew, lata mrzyjcie na [suchoty!”

Dlaczego na suchoty? O boska przesado!

P. Rosenberg miał bardzo gorzkie przeżycia:

„Nie rozumiem dlaczego, kiedy mnie ujrzała, odruchowo, jakby bezwiednie, wstała i odeszła…”

A ja to w zupełności rozumiem. Nie znam powodów, które ją do tego skłoniły, ale je pochwalam.

„Ja cię nie znam, ale mi się zdaje,

Że cię kocham, dziewczynko zprzeciwka”

Sel bierze życie bardziej poprostu; przyznaje się on szczerze:

„Na lato muszę jechać do badu [Kołobrzegu,

By w słońcu wygrzać sobie bajecznie [wklęsły brzuch”.

A jedź pan do stu par djabłów!

 Niech pan wsiądzie w opisywaną przez siebie „kulawą dorożkę” i niech pan jedzie prosto na cmentarz starozakonnych, bo i tak wcześniej czy później zatłuką pana kijami za podobne ohydy. Ale nawet dorożka, ten niewinny środek lokomocji, została splugawiona:

„Trzęsie, wstrząsa niczem febra, Mdło mi już, choruję.

Dosyć tego! Złamiesz żebra — Ej! bo zwymiotuje”.

Istotnie. Ma pan rację. Dosyć. Można zwymiotować. Niech pan wyjedzie możliwie szybko i możliwie daleko i niech pan nie zapomni wziąć ze sobą Rosenberga.

Antoni Słonimski.”

Dużą antypatią pan Antoni obdarzył dwóch Henryków.

Gdyby ktoś mieszkał w Krakowie i chciał sobie przeczytać zbiorek poezji Henryka Sela jest dostępny w Bibliotece Jagiellońskiej. Katalog kartkowy, wypełniamy formularz i możemy się przekonać czy Słonimski miał rację co do pana Henryka Sela.

W ten sam sposób (katalog kartkowy) można zobaczyć i przeczytać “dzieło” drugiego pana Henryka.

Tradycyjnie znalezione w “Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej”.

“Książki najgorsze” – recenzje książek z “Wiadomości Literackich”. Vol. 3

Dzisiaj kolejna recenzja. Naprawdę jest smakowita i ciekawa. Podejrzewam, że napisana przez samego Juliana Tuwima, ale mogę się mylić:)

Przedstawiam Wam pana Stefana Komornickiego i jego “Z wielkich dni. Poezje”. Czytajcie i śmiejcie się. Choć pewnie panu Stefanowi do śmiechu nie było.

Recenzja z numeru 4, 27 stycznia 1924 roku.

 

 

“Książki najgorsze

Stefan Komornicki. Z wielkich dni. Poezje. Lwów, nakładem autora, 1923; str. 227 i 3nl.

Groźny, zacięty, fanatyczny, o pomstę do Boga wołający, fachowy i wykwalifikowany grafoman. Dwieście dwadzieścia siedem stronic bezczelnych bzdur wierszowanych, przeważnie „patrjotycznych”. Gdyby grafomanja była karana (o, gdybym dożył tego cudownego dnia!), p. Komornickiego należałoby skazać na bezterminowe ciężkie roboty, twarde łoże, ciemnicę, suchy chleb i brudną wodę, pozbawienie praw do siódmego pokolenia i t. d. ad libitum. Prokurator mógłby oprzeć oskarżenie na podstawie pierwszej lepszej stronicy tego tomika, choćby na str. 14, gdzie jak wół wydrukowane są m. in.  strofy następujące: „Przebudzono wielkie dzwono (tak!), Wandę stróżkę i Kościuszkę; a dziecinę ułożono przy ołtarzu na poduszkę, przed Kościuszkę. Wionął tu zew: wszedł królewicz, książę Józef i Mickiewicz; a strzelano z arkebuzew (tak! tak!); trąbiono, jakby z dziewicz (tak! tak! tak!) dął Mickiewicz”.

 Autor opowiada następujące zdarzenie. — Po przebudzeniu „dzwona” (zdaje się, że chodzi o dzwonko śledzia), zawołano stróżkę imieniem Wanda i bohatera narodowego Kościuszkę, poczem dziecko położono przed ołtarzem. Akurat w tym momencie zjawił się książę Józef i Adam Mickiewicz. Dotąd jako tako wiemy o co chodzi. Natomiast historia o trąbieniu „jakby z dziewicz”, niskie przekręcanie słów dla uzyskania rymu, wmawianie w czytelnika, że ,,dziewicą” można trąbić Jak trąbą (ciekaw jestem, gdzie się przykłada usta), wszystko to jest smutne i przygnębiające. Właściwie świat jest bardzo ponury. Poco żyć? Coraz częściej myślę o samobójstwie. I tak wcześniej czy później każdego czeka śmierć.”

Recenzja jest prześmieszna. I nie ma w niej litości dla pana Stefana Komornickiego. A jeśli się nie mylę to pan Stefan Komornicki (jak mi wujek google) podpowiada wielce zasłużonym profesorem i doktorem był. Bibliofil i badacz historii Polski. Profesor UJ więziony w Sachsenhausen. Dlatego być może trochę litości w recenzji mogłoby być mile widziane. Ale oczywiście może był jakiś inny Stefan Komornicki, któren napisał owe wiersze. Choć wątpię. Przeszperałem sporo baz i innego Stefana Komornickiego nie znalazłem. Dlatego oddajmy mu szacunek jako naukowcowi, a pośmiejmy się z literata. Bo jak napisano w “Polskim słowniku biograficznym”:

“K. był badaczem bardzo sumiennym, gruntownym i ostrożnym w wysnuwaniu wniosków, a w pamięci tych, którzy go znali, pozostał jako człowiek niezwykle prawy i szlachetny, pełen wytwornego wdzięku w zetknięciu z otoczeniem. Wielki znawca i miłośnik pięknej książki (posiadał cenną bibliotekę fachową, w którą weszła biblioteka po Marianie Sokołowskim, a która dziś znajduje się w Gabinecie Rycin Krakowskiego Oddziału PAN), był kanclerzem kapituły Orderu Białego Kruka Tow. Miłośników Książki od chwili jego założenia w Krakowie w r. 1922. Był współpracownikiem Komisji Historii Sztuki PAU od 26 III 1914, a w r. 1923 jej sekretarzem.”

Ciężko uwierzyć, że takiemu człowiekowi zachciało się pisać wiersze i to z takim mizernym (przynajmniej według krytyka “Wiadomości Literackich”) skutkiem.

Jak zwykle “Małopolska Biblioteka Cyfrowa”.

“Książki najgorsze” – recenzje książek z “Wiadomości Literackich”

Hej, witam Was serdecznie w moim zupełnie nowym “projekcie”/”cyklu” czy jak tam zwał.

Jako bibliotekarz spędzam mnóstwo czasu w otchłaniach magazynu mej biblioteki, gdzie oprócz nabawiania się alergii na kurz, grzyby i pleśnie mam możliwość jedynych i niepowtarzalnych podróży w przeszłość.

Na szczęście dobrodziejstwa i zdobycze techniki dwudziestego pierwszego wieku pozwalają mi często podróżować w przeszłość bez ruszania się zza biurka. Tym wehikułem czasu stają się biblioteki cyfrowe, które z każdym dniem obrastają w coraz więcej interesujących, fascynujących materiałów z przeszłości.

“Małopolska biblioteka cyfrowa” zdigitalizowała wszystkie roczniki przedwojennych “Wiadomości Literackich”. To naprawdę ciekawa lektura.

Ja będę się dzielił z Wami na tym blogu recenzjami książek kiepskich, które bezlitośnie i w sposób przezabawny recenzowali pracownicy “Wiadomości Literackich”

Dziś książka najgorsza “Synowie Noego” niejakiego Kazimierza Francuzowicza. Recenzja z numeru 2, 13 stycznia 1924 roku.

Wiadomości Literackie

“Książki najgorsze

Synowie Noego. Dramat w pięciu aktach. Napisał Kazimierz Francuzowicz. Wilno, Dominik Jakubiszyn, 1923; str. 149 i 3 nl.

Kazimierz Francuzowicz napisał dramat p. t. „Synowie Noego”. Cham (bohater tego dramatu) powiada na wstępie:

„Jeżeli ja okażę trochę uczuć,

Swych uczuć płciowych, jako ślimak rogów,

 Dlaczego drwią? Dlatego, żem najmłodszy,

Że nie mam prawa żyć, jak drudzy żyją?”

Owszem, prawo p.  Francuzowicz ma, i niktby nie kpił z jego uczuć płciowych ani nie kwestionował jego praw do życia, gdyby nie szatański pomysł wydrukowania tego utworu. Teraz już  wszystko przepadło.

 Bohaterka powiada w innem miejscu:

„Dobrze mi z Chamem.”

Otóż nam jest bardzo niedobrze z chamem i chamstwem grafomańskiem.

Autor na końcu książki podaje następujące informacje:

„Napisano w 1902 r. w majątku pp. Hurczynów, w Antoszewie, ziemia Kowieńska. Pisałem w parku rankami, latem od czerwca do września.

W grudniu 1905 r. przepisywałem z bruljonów w Kownie, w domu p. Sosnowskiej, na Kurowskiej ulicy.

Drugi odpis zrobiłem w 1918 r. koło Petersburga, stacja Wyryca, 3-ci przys­tanek, dom Fadiejewów. Ten odpis został w Warszawie u aktora Szyllera.

Trzeci odpis zrobiłem w Wyrycy w domu Siergiejczuka w 1919 r.”

Musimy dodać, że utwór p. Francuzowicza jest zupełne Kowno i Równo, i że te tylekroć przepisywane manuskrypty posłużą co najwyżej do zatarcia różnicy między temi dwoma miastami.

bt.”

Tak się przedstawia pierwsza recenzja z “Wiadomości Literackich”. Bardzo oszczędna w słowach i argumentach. Dostaje się biednemu Kazkowi za chamstwo grafomaństwa i tyle.

Gdyby ktoś bardzo pragnął książkę pana Kazimierza Francuzowicza przeczytać, można ją znaleźć w Bibliotece Jagiellońskiej: Francuzowicz “Synowie Noego”.

Mój dzień w książkach…

Postanowiłem dołączyć do zabawy zaproponowanej przez Lirael. Świetna sprawa. Oto zasady spisane przez Lirael:

“Zadanie polega na tym, żeby poniższe zdania uzupełnić tytułami książek, ale muszą to być wyłącznie pozycje przeczytane przez Was w 2011 roku. Tekst należy umieścić na swoim blogu. Osoby, które nie mają bloga, mogą napisać opowieść w komentarzu.

Zaczęłam dzień (z) _____.
W drodze do pracy zobaczyłam _____
i przeszłam obok _____,
żeby uniknąć _____ ,
ale oczywiście zatrzymałam się przy _____.
W biurze szef powiedział: _____.
i zlecił mi zbadanie _____.
W czasie obiadu z _____
zauważyłam _____
pod _____ .
Potem wróciłam do swojego biurka _____.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam _____
ponieważ mam _____.
Przygotowując się do snu, wzięłam _____
i uczyłam się _____,
zanim powiedziałam dobranoc _____ .

 

Tak więc:

Mój dzień w książkach

Zacząłem dzień (z) “Katarem”.

W drodze do pracy zobaczyłem “Domy dawnego Krakowa”

i przeszedłem obok “Szkoły Bogów”,

żeby uniknąć “Wojny z Robotami”,

ale oczywiście zatrzymałem się przy “Fotoplastikonie”

W biurze szef powiedział: “Zrób sobie raj”,

i zlecił mi zbadanie “Rur”.

W czasie obiadu z “Królem Bólu”

zauważyłem “Wampira z M-3”

pod  “Wyspą Klucz”.

Potem wróciłem do swojego biurka “W rajskiej dolinie wśród zielska”.

Następnie, w drodze do domu, kupiłem “Dzienniki gwiazdowe”

ponieważ mam “Śledztwo”.

Przygotowując się do snu, wziąłem “Malowanego ptaka”

i uczyłem się “Wojować ze starym człowiekiem”,

zanim powiedziałem Good Night, Dżerzi”.

Moim zdaniem super zabawa i niezłe podsumowanie roku:)