Joanna Łańcucka “Stara Słaboniowa i spiekładuchy”

Słaboniowej lajf stajl. Nie chciało mi się szukać żadnych ziół. Dlatego macie – korkociąg z Polski, orzechy z Polski, papryczka z własnej hodowli balkonowej, książka jak najbardziej z Polski, kubek z Poznania, podkładka z Danii, woda z cytryna – pół na pół, woda z Krakowa, cytryna z Biedronki.

Dzień dobry, kogo witam, kogo goszczę (pamiętacie to powitanie z pewnego programu?). Dzisiaj będzie o książce z polecenia (dzięki Kasiu!), która okazała się strzałem
w dziesiątkę.

Continue reading

Jarosław Grzędowicz “Popiół i kurz. Opowieści ze świata Pomiędzy.”

grzedowiczWyobraźcie sobie, że jesteście wariatem, albo sobie nie wyobrażajcie. Podobno nie ma ludzi normalnych są tylko nieprzebadani. Także jesteście wariatem, leczonym psychiatrycznie, obecnie próbującym odnaleźć się w społeczeństwie.

Nie jest lekko w dwudziestym pierwszym wieku zachować pozory normalności człowiekowi, który może odwiedzać inny wymiar. Ludzie nie lubią dziwaków, twierdzących, że opuszczają swoje ciało i wędrują  po świecie pełnym demonów, zagubionych dusz i zapomnianych bóstw. Nauczyliście się tego w tak zwany bolesny sposób. Bogatsi o doświadczenie, że lepiej nie rozmawiać  o podróżach do świata Pomiędzy, bo tak nazwaliście to miejsce. Swoje przygody opowiadacie tylko pamiętniczkowi.  W krótkiej historii przelanej na papier do pamiętniczka, takim  jakby opowiadaniu robicie to  w sposób dynamiczny, intrygujący, interesujący, ironiczny i z humorem. Ogólnie widać, że pamiętniczek spełnia swoją rolę i Wasza historia, historia wariata zdolnego odwiedzać inny wymiar jest czymś ciekawym i godnym zainteresowania. Skończyliście opisywać jedną ze swych przygód, w pamiętniczku zanotowane zostało jak zaczęliście być Charonem przeprowadzającym dusze jeszcze dalej. Skończyliście i widzieliście, że to co napisaliście było dobre.

Nic więc dziwnego, że zaczęliście pisać dalej. Tym razem więcej, i inną historię. Opisujecie więc swoje próby zerwania ze światem Pomiędzy, o tym jak pragnęliście żyć normalnie, cokolwiek to znaczy. Nie było wam jednak dane żyć tak jak reszta ludzkości. Nawiedzał Was w snach zmarły przyjaciel, który pragnął coś przekazać. Musieliście wrócić do świata Pomiędzy i rozwiązać zagadkę jego śmierci. A w tym świecie spotkaliście dziwaczny tajemniczy zakon, starą wiedźmę, którą bzyknęliście w rzeczywistym świecie, a była młodą wiedźmą, partyzantów i gestapo. Piliście życia innych ludzi jak wódkę. Ogólnie przeżyliście okropne przygody. Wszystko to opisaliście w pamiętniczku. Jednak już bez takiego fajnego przytupu jak w krótkim pierwszym opowiadaniu. Zaczęliście trochę filozofować, narzekać. Humor Wam się stępił. Ogólnie rozwinięcie opowiadania w książkę jakby się Wam trochę rozwlekło.

Dobra dość tej próby postawienia Was w roli bohatera książki Grzędowicza. Mam z nią problem. Przeczytałem ją błyskawicznie, czytało się dobrze. Zwłaszcza opowiadanie, które zostało napisane wcześniej, a w książce stało się prologiem. Opowiadanie jest świetne. Książka już mniej. Nie urzekła mnie w sposób szczególny. Cały czas miałem uczucie, że czegoś w niej brakuje. Niby wszystko jest na miejscu, niby ten sam świat co z opowiadania, ale coś zgrzytało. Może to wiecznie narzekający na wszystko główny bohater, znacznie odstający od współczesnego, rzeczywistego świata. Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą kochać ten ziemski padół. Ba! Nawet nie powinni go kochać ci, którzy są przeklęci zdolnością do podróżowania w Zaświaty. Główny bohater zgubił dla mnie gdzieś swój cynizm, ironiczne spojrzenie na otaczającą go rzeczywistość, a przeistoczył się w biadolącego pana w średnim wieku. Zgrzytało mi to. Sam świat Pomiędzy stał się za bardzo swojski, jeżeli mogę tak powiedzieć, a mogę, bo to mój blog i pisać mogę co mi się  żywnie podoba. Partyzanci, gestapo? What the fuck? Chociaż motyw spożywania w formie alkoholu życia innych ludzi zajebisty.

W drodze podsumowania “Popiół i kurz” to dobra książka. Dobra w tym znaczeniu, że nie nuży, nie męczy, nie irytuje, ale nie ma podczas czytania żadnego, że się tak wyrażę pierdolnięcia. I ja nie piszę, że w każdej książce pierdolnięcie musi być. O nie! Jednak w tej pierdolnięcia się spodziewałem, a nie było. To tyle celem krótkiego podsumowania.

P. S. To pewnie wpływ przeczytanego “Pana Lodowego Ogrodu”. Tam pierdolnięcie było. A najgorsze jest to, że ja sam podczas spotkania z Grzędowiczem zadałem mu pytanie, czy nie boi się przyszycia łatki, tego gościa od “Pana Lodowego Ogrodu”. A w swojej pisaninie o książce napisanej krótko po pierwszym tomie “PLO”, a sporo przed pozostałymi oczekuję, że będzie coś  “a’la w podobie”. Kurde człowiek to jest niekonsekwentny.

P. S. 2 A sam pan Grzędowicz to konkretny facet z dużym poczuciem humoru.

 

 

Antologia “31.10. Halloween po polsku”

"31.10. Halloween po polsku"

"31.10. Halloween po polsku"

 Ech, jak zwykle rychło w czas Charlie czyta książki. Po Halloween już śladu nie ma, wszystkie żywe trupy grzecznie wróciły do grobów lub rozłożyły się w sposób jak najbardziej elegancki. Wiedźmy porzuciły miotły i przeniosły się do dziekanatów i wszelkiego rodzaju urzędów, na swoje posadki. Co do duchów to wessane zostały do odkurzacza i miotają się teraz wśród drobin kurzu i jednogroszówek (widzieliście kiedyś zawartość worka do odkurzacza? Nie wiem naprawdę skąd się bierze tyle tych monet tam… To prawie tak jak ze skarpetkami, moje udają się do skarpetkowej Valhalli po każdym praniu). Dobra, ale ja nie o tym, nie o tym.

O książce „31.10.Halloween po polsku” czytałem już na kilku portalach, akcja spodobała mi się i sobie ściągnąłem tego ebooka. Tak moi drodzy ebooka albowiem książka nie ma swojej papierowej wersji i istnieje tylko w postaci cyfrowej. I jest jeszcze coś ważnego w tej antologii. Otóż jest ona za zupełną darmochę! Ściągnąć sobie może każdy i każdy może przeczytać!

Nie będę ukrywał, że długo zwlekałem z lekturą, gdyż zwyczajnie podchodziłem do czegoś, co jest za darmo jak pies do jeża. To znaczy obawiałem się jakiejś grafomanii, która poziomem dorównuje depresji w Żuławach Wiślanych. Takie miałem głupie wyobrażenie, że jak piszą za darmo książki to pewnie badziew. Na szczęście lektura okazała się solidnym pacnięciem w potylicę, że Charlie nie powinien oceniać książki po okładce, ani tym bardziej po cenie.

Dwudziestu pięciu autorów i trzydzieści cztery opowiadania. Opowiadania przeróżne, od typowych historii o duchach (Anna Rybkowska “Autostopowiczka“), po historie o żarłocznych lodówkach (Mariusz Zielke “Żarłoczne lodówki“). Niektóre teksty zabawne, ironiczne. Inne opowiadania z kolei śmiertelnie poważne, trochę na siłę starające się stworzyć straszny klimat. Jednak ogólnie cały zbiór czytało się dobrze. Czasem tylko zżymałem się na banalny pomysł i kiepskie wykonanie. Niestety duża ilość opowiadań sprawiła, że bardzo szybko wylatują z pamięci. Moje szare komóreczki (w liczbie dwóch ostatnich weteranów) nie radzą sobie z gromadzeniem danych i informacji tak dobrze jak dawniej. Postaram się je jednak zmusić do maratonu pamięciowego i wymienię kilka opowiadań, które na owych dwóch szarych komórkach zrobiły wrażenie. W antologii brakowało mi żywych trupów, najbliższe tej tematyce było opowiadanie “Noc żywych awatarów” Wala Sadowa – interesujący pomysł, napisane z humorem i dość ciekawie. Inne opowiadanie, które zaintrygowało dwie szare komórki (nazywam je Pinky i Mózg) było bardziej fantastyką, niż opowieścią grozy. To “Nikczemnik” Antoniny Kostrzewy, historyjka o młodym adepcie magii, co chce zostać potężnym czarnoksiężnikiem, aż prosi się o rozwinięcie jego przygód. Dwie szare komórki – dwa opowiadania.

Jakie wrażenie po lekturze? Bać się nie bałem. Jestem już dużym chłopcem i swoje widziałem, jeśli chodzi o horror. Kilka ciekawych pomysłów, kilka takich, które mnie niczym nie zaskoczyły, a nawet trochę zirytowały. Ogólnie nie jest źle, ale szału nie ma. Mogę rzec, że “31.10. Halloween po polsku” zdecydowanie nie jest na poziomie  Żuław Wiślanych – jest znacznie, znacznie wyżej:)

„31.10. Halloween po polsku” jest dobrą antologią i można się z nią zapoznać.

Tutaj strona projektu: 31.10.pl.