Karel Capek “Klub wierzycieli barona Bihary’ego”

Zasypuję Was tym Capkiem z “Humoresek”, ale on fajny jest:)

“Klub wierzycieli barona Bihary’ego”

Znów odszedł od nas jeden z naszych członków, stary Pollitzer, wiecie, ten, co to handlował maszynami do pisania. Panie świeć nad lego duszą; prawda, miał już przeszło osiemdziesiąt lat, ale jeszcze mógł z nami pobyć; biedak, tak lubił te nasze wtorki! Gdybyśmy przypuszczali, że nas tak prędko opuści, bylibyśmy go wybrali na prezesa  – nie dlatego, że był z tych większych wierzycieli (miał u pana barona tylko kilka tysięcy), ale żeby mu sprawić przyjemność. Trzeba przyznać, proszę pana, że w naszym gronie panują bardzo dobre stosunki, jak rzadko w którym stowarzyszeniu. Ano, co robić, już za późno; ale kupiliśmy mu wieniec na trumnę; panie, co za wieniec! Przyjemnie było popatrzeć!

Co to za klub? Panie, to długa historia! Był w Pradze taki jeden pan baron Bihary, taki wielki, szlachetnie urodzony pan – włosy krucze, a oczy! No, kobiety za nim po prostu szalały! Wynajmował w Bubenczu całą willę; miał dwa auta, a co do kochanek, to z samych tylko rachunków obliczyliśmy, że ich było siedem; jednym słowem, Don Juan! Podobno miał majątek w Słowacji, ogromne lasy gdzieś tam pod Jasiną, jakąś fabrykę celulozy, hutę szklaną i szyby naftowe gdzieś u Antalowców, jednym słowem, bogacz! Czy może pan sobie wyobrazić, ile traktorów, maszyn, urządzeń kancelaryjnych, czeków, maszyn do pisania, biżuterii i kwiatów? Prawda, utrzymanie takiego majątku wymaga ogromnych pieniędzy, ale też pan baron umiał się pokazać. Wszystko, co robił, robił na wielką skalę – wspaniały człowiek! A potem się okazało, że tej fabryki celulozy nie ma, lasów nie ma i majątku także nie ma; była tylko huta szklana, ale maszyny z niej pan baron już dawno sprzedał. Okazało się także, że pan baron Bihary, nie jest żadnym baronem, tylko zwykłym obywatelem z Pereczyna. Mieliśmy go podać do sądu o oszustwo i takie różne rzeczy, ale gdy się zeszli jego wierzyciele, doszli do przekonania, że wyszliby na tym kiepsko; może dostaliby kilka dywanów i trochę perfum, które były w willi, ale nie uratowałoby to nikogo, widzieliśmy to jasno. „Jeżeli pana barona zamkną, możemy się pożegnać z pieniędzmi — powiedzieli sobie wierzyciele – a nuż jeszcze kiedy zrobi majątek ten łajdak? Świnia to on jest, gębę ma nie od parady, a występować umie jak książę; może się bogato ożeni albo coś takiego – jednym słowem, w takim szczęśliwym wypadku, będzie nam mógł chociaż trochę wypłacić.” Tylko nie wolno nam go zniszczyć, bo wtedy nie zobaczymy ani grosza. I tak odwołaliśmy wszystkie skargi i zawiązaliśmy klub wierzycieli. Było nas około stu siedemdziesięciu – byliśmy jak ci rotaryści, z każdego zawodu przynajmniej jeden: właściciele składów nut, restauratorzy, bankierzy, krawcy, jubilerzy, właściciele kwiaciarni, jeden budowniczy, jeden handlarz koni, właściciel perfumerii, krawcowa, kilku adwokatów, jakaś dziwka i już sam nie wiem kto — w sumie jakieś szesnaście czy siedemnaście milionów koron. Zaczęliśmy urządzać zebrania i radziliśmy, jak pana barona ratować, żeby nie wpadł. Musieliśmy go za wszelką cenę utrzymać na powierzchni, żeby mógł próbować szczęścia, a przy tym trzeba było zwracać baczną uwagę, żeby czego nie zbroił, za co władze musiałyby go przymknąć. Pewnego razu straciliśmy go na jeden dzień z oczu i już gdzieś tam kogoś nabrał, a myśmy to musieli po cichu załagodzić. Tak, tak, proszę Pana, to były czasy pełne emocji! Ten pan baron miał jedną pasję – grę w karty, i to szulerską grę  – ciągle oszukiwał.

Albo znowu chciał się przerzucić na szpiegostwo. Ciągle ktoś z nas musiał go pilnować – ale trzeba mu przyznać, był to niezwykle miły kompan. Zawsze nas zapraszał na wspaniałe uczty, a potem mówił: „Niech pan to zapłaci i dopisze do mojego rachunku.” Co robić! Nigdy chyba nie użyliśmy tak, jak w owych czasach z panem baronem. I przyzwyczailiśmy się do siebie, rozumieliśmy się wszyscy nawzajem doskonale: sami starsi, rozważni, doświadczeni ludzie; wszystko to robili tylko dlatego, żeby jakoś wydobyć pieniądze, które im był pan baron winien.

Po pewnym czasie pan baron nagle znikł. Podobno uciekł do Ameryki, do Hollywood czy gdzieś tam. Cóż, taki to nie zginie, a może jeszcze zrobić karierę; kto wie, a nuż po latach nam zwróci długi? Tylko że my, wierzyciele, bardzośmy się do siebie zdążyli przyzwyczaić, wprawdzie bardzo nam było żal tego pana barona, pieniędzy też, ale jeszcze bardziej żałowalibyśmy, gdybyśmy się mieli ten jeden raz w tygodniu już więcej nie spotykać. Takeśmy sobie zawsze przyjemnie pogadali o różnych gospodarczych kwestiach, wiadomo, jakie to teraz kłopoty, nie ma już w interesach tej solidności, co dawniej bywała; a także dzieliliśmy się doświadczeniami z różnych zawodów. Bo też skąd który z nas mógł wiedzieć, jak wygląda taki na przykład handel samochodami albo sprzedaż kwiatów? A w naszym klubie są te wszystkie branże, jak to się mówi, na jednym pokładzie. Wobec tego powiedzieliśmy sobie: „A niech tam, naszego pana barona diabli wzięli, ale myśmy się dzięki niemu poznali i nadal będziemy się razem trzymać, i basta!” No i schodzimy się co wtorek od dziesięciu lat; zawsze wspominamy naszego pana barona – co on tam biedak w tej Ameryce robi, a potem gadamy sobie o złych czasach, człowiek sobie przynajmniej trochę ulży, i o różnych chorobach. Ba, już dwunastu z nas przeniosło się do wieczności. Bardzo będziemy odczuwać brak starego pana Pollitzera. Szkoda, że pan nigdy nie spotkał pana barona Bihary’ego – mówię panu, to był czarujący człowiek – mógłby pan wtedy należeć do naszego klubu.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook