Ursula K. Le Guin “Słowo “las” znaczy świat”

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Dobra wróciłem. Ależ miałem tydzień moi kochani. Konferencja w Warszawie od środy do piątku, sobota to odjazdowy w Krakowie, a w niedzielę impreza rodzinna w Łodzi. Po prostu szok! Nawet nie miałem kiedy napisać o książce, którą przeczytałem w drodze do Warszawy. Idąc za ciosem będzie to kolejna Ursula i kolejna książka zaliczana do cyklu Hain.

Opowiem Wam o fabule troszkę. Bo to ważne jest jeśli chodzi o powieści fantastyczne. Uniwersum Hain, ziemska kolonia na Nowej Tahiti. Ziemianie kolonizują planetę, która niemal w całości pokryta jest lasem. I oni sobie to drzewo wycinają i wysyłają na Ziemię, bo na Ziemi nie ma już drzewa, wielu rzeczy na Ziemi nie ma. Zwierząt też już nie ma, oprócz szczurów. Ziemia to betonowa pustynia, na której zdarzają się klęski głodu. Ale na szczęście są statki kosmiczne, które Ziemianie skwapliwie wykorzystują do kolonizacji planet „we” kosmosie. Nowa Tahiti to raj, cieplutko, zwierzątka bardzo podobne do ziemskich (i są żywe a nie sztuczne), świeże powietrze, ciężka praca i wyzwanie skolonizowania nowego świata. Czyż nie jest to marzeniem każdego mężczyzny? Przybyć, zobaczyć, wyciąć, zwyciężyć? Zrobić z pięknego świata przytulny dom bez zwierząt, bez lasów za to z betonem i skażonym środowiskiem. Na Nowej Tahiti ludziom w zrealizowaniu ich celu nie przeszkadza nic, nawet tubylcza ludność, która znacznie różni się od Ziemian, lecz wykazuje cechy humanoidalne. „Stworzątka” bo tak określają miejscowych Ziemianie wykorzystywane są bez litości do ciężkich prac, ich wioski są  palone, kobiety gwałcone (zadziwiające, że choć Ziemianie brzydzą się „stworzątek” i uważają ich za coś podobnego do małp to jednak kobiety gwałcić można). I tak sobie kolonizują tę Nową Tahiti ćpając, rąbiąc las, paląc wioski, (można powiedzieć, że robią to w klasycznym dziewiętnastowiecznym stylu). Aż do momentu, w którym pokojowi mieszkańcy Athsheanu, bo tak naprawdę nazywa się Nowa Tahiti nie przyswoili sobie od ludzi pewnej „umiejętności” czyli zabijania. Całość kończy się swego rodzaju „happy endem” choć to mocno na wyrost powiedziane. “Happy endem” dla miejscowych, ale nie dla Ziemian.

„Słowo las…” to modelowa książka opisująca cywilizację białego człowieka w natarciu. Przeniesiona w kosmos. Hiszpanie w Ameryce Południowej, Anglicy w Indiach czy Afryce, Australii i Ameryce Północnej, Rosjanie na swoich wschodnich rubieżach. Wszyscy oni postępowali tak samo w stosunku do miejscowych jak ziemscy kolonizatorzy w stosunku do humanoidalnych „stworzątek”. Jeden tylko członek ziemskiej ekipy zadał sobie trud poznania kultury i cywilizacji owłosionych krewniaków ludzi. Nie wyszło z tego nic dobrego, ale zazwyczaj tak bywa.

Czytałem sobie tę książkę i skojarzenia z konfliktem w Wietnamie były nieuniknione. Po pierwsze książka została wydana w 1976 roku, chwilę po skończeniu wojny w Wietnamie. Po drugie mamy na planecie las, który niczym dżungla jest nieprzenikniony i Ziemianie nie przyzwyczajeni do takiej ilości drzew czują  się zagubieni jak Amerykanie w wietnamskiej dżungli. Po trzecie miejscowi są mali jak Wietnamczycy. Co prawda nie żółci, ale za to różnokolorowi i pokryci futrem. A las na swej planecie znają jak mało kto. Jest taka scena w „Czasie Apokalipsy” w której do muzyki Wagnera amerykańskie helikoptery atakują Wietnamczyków. Totalna rozpierducha, ogień, wybuchy i ta muzyka… Czytając książkę miałem przed oczyma podobny widok. I tu również pojawia się szalony żołnierz, który ukrywa się w dżungli i walczy z tubylcami. Nie zakłada swojego królestwa jak bohater „Czasu apokalipsy” ale dla mnie skojarzenie było dość oczywiste.

„Słowo las znaczy świat” jest znacznie słabszą pozycją niż „Lewa…”. Jak dla mnie czuć upływ czasu, czuć mocne zaangażowanie autorki w ówczesne sprawy społeczne i polityczne. Analogie i metafory są bardzo oczywiste i proste jak amerykańska „way of life”. Nie podobało mi się to. Nie to żeby książka była kiepska, o nie:) Czytało się ją bardzo dobrze i szybko, po prostu widać sporą różnicę jeśli chodzi o jakość, między jej poprzedniczką z cyklu Hain.

Innym smaczkiem może być umiejscowienie w czasie jeśli chodzi o cały cykl Hain. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin Ligi Światów oraz wynalezienia ansibla.

I na koniec scena z “Czasu apokalipsy”:

“Czas apokalipsy”

P. S. Miałem również problem z kolejnością książek. Otóż na przykład na biblionetce „Słowo las” jest piątą książką z cyklu Hain, tak samo jak w polskiej Wikipedii. W angielskiej Wikipedii na stronie dotyczącej samego cyklu to „Wydziedziczeni” są piątą książką, a „Słowo las…” dopiero szóstą. Ale już na podstronach dotyczących poszczególnych książek to właśnie „Słowo las…” jest wymienione jako następna powieść po „Lewej…”

Zamieszanie wzięło się pewnie stąd, że powieść „Słowo las…” powstała na bazie opowiadania z 1972 roku. I teraz jestem w kropce, bo „Wydziedziczonych” to ja dopiero czytam:)

9 thoughts on “Ursula K. Le Guin “Słowo “las” znaczy świat”

  1. Za cykl dopiero… hmm. Może się wezmę. ;) Bo tak ogólnie, to właśnie się wzięłam za panią le Guin – ale na razie nie kupiła mnie na tyle, żebym się z nią zaprzyjaźniała bardziej. Przedzieram się przez “Lawinię” i jestem w 1/3 książki, a już mam tonę zastrzeżeń. xD
    Parszywa malkontentka ze mnie. :(
    Ale ten cykl brzmi całkiem zachęcająco mimo wszystko. ;| Nawet mimo zaangażowania społecznego. ;)

  2. Mnie też “Lewa ręka ciemności” nie porwała. Pewnie dlatego, że czytają tę powieść czułam, że to tak naprawdę o Zimnej Wojnie opowieść jest. Teraz piszesz, że cykl Hain – to wojna w Wietnamie. Niedobrze. A jakiś nie zaangażowany politycznie cykl Le Guin możesz polecić?

    • Ależ mnie się “Lewa…” podobała:) Cykl Hain to dość egzotyczna mieszanka. W “Słowo “las”…” ewidentnie widać nawiązania do Wietnamu, w innych jest tego znacznie mniej.

      Drugim najbardziej znanym cyklem Le Guin jest “Ziemiomorze” ale to fantasy jest, choć podobało mi się swego czasu również.

      Ja cykl Hain czytałem z sentymentem i nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie czy może komuś się spodobać, kto nie czytał tego w latach młodości.

      Ta nostalgiczna nuta ma bowiem dość duże znaczenie:)

  3. Pingback: Robert Silverberg "W dół, do ziemi" | Blog Charliego Bibliotekarza

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Connect with Facebook