Robert A. Heinlein “Glory Road” (“Szlak chwały”)

Robert A. Heinlein "Glory Road" ("Szlak chwały")

Robert A. Heinlein “Glory Road” (“Szlak chwały”)

Co się stanie gdy uznany pisarz science-fiction popełni powieść fantasy? Ano co może się stać – oceany wystąpią z brzegów, zapłoną lasy, dziewice przestaną być dziewicami, smoki zaczną przypominać dinozaury, dzikie wieprze będą groźniejsze niż smoki, a magia nie będzie do końca magią, bohaterscy herosi będą przypominać amerykańskiego żołnierza z czasów wojny w Wietnamie.

Druga książka Heinleina, akurat tę przeczytałem za podszeptem hihnta z bloga Historie przyszłości. I podobnie jak „Żołnierzy…” przeczytałem ją w języku angielskim. Dla wygody czytelników tego bloga będę pisał tytuł książki po polskiemu.

Po wstępie można wywnioskować, że Heinlein raczej fantasy nie pisał.  Tak też było. „Szlak chwały” jest chyba jedyną powieścią spod znaku magii i miecza jaką popełnił członek Wielkiej Trójki S-F. A i ten znak magii i miecza można potraktować z przymrużeniem oka.

Dam Wam garść fabuły w skrócie, cobyście mogli się zorientować kto kogo, gdzie i jak oraz dlaczego i po co. Główny bohater książki to E. C. Gordon, młody żołnierz, któren bywał na pewnej wojence w południowo – wschodniej Azji. Wojence na której dorobił się pokaźnej blizny i przeszedł do rezerwy. Rząd jego ukochanego kraju, czyli U. S. A.  potraktował go po macoszemu i nawet nie przyznał mu statusu weterana, bo wojenka nie była oficjalnie wojenką a jedynie akcją policyjną. Gordon wypiął się na swój kraj w ten sam sposób i postanowił szukać szczęścia we Francji. Nie bez znaczenia był fakt, że francuskie kobiety opalają się na plaży topless. Po okresie słodkiego lenistwa, gdy w portfelu pustka postanowił szukać pracy. Tak się złożyło przypadkiem, że znalazł ogłoszenie, z którego wynika, że potrzebny jest bohater. Zgłosił się i od razu się zaczęło. Znalazł się na innej planecie lub w innym wymiarze czort jeden to wie. Na tę inną planetę/ ten inny wymiar trafił z piękną kobietą, która zaoferowała mu pracę bohatera. No i się zaczęły przygody. Nie będę się rozpisywał. Powiem krótko, że dzieje się dużo i ciekawie. Jest zadanie, jest cel, jest drużyna, która wspólnie walczy, śpi, je i nie do końca wspólnie uprawia seks.

Książka napisana jest z dużą dawką humoru, można znaleźć w niej mnóstwo odniesień, nawiązań, napomknień do literatury zarówno fantastycznej jak i klasycznej oraz do ówczesnej popkultury amerykańskiej. Akcja toczy się wartko, główny bohater to nie byle mięśniak wymachujący mieczem. To inteligentny młody mężczyzna z ambicjami i zasadami. Gordon potrafi trzeźwo i z dystansem spojrzeć na swój kraj i społeczeństwo amerykańskie. Zadziwiające jest to, że w książce pełnej akcji znalazło się miejsce na krytykę american way of life. Dostało się rządowi, dostało się dorobkiewiczom, ale dostało się również brudnym hippisom. Pruderyjne społeczeństwo amerykańskie otrzymało prztyczka w nos. W książce znajdziemy dużo ironii, czarnego humoru i żartów z podtekstem seksualnym, ale bez zbędnej wulgarności (przynajmniej ja tak to odebrałem).

Ogólnie gorąco polecam. Warto, bo mimo swoich prawie pięćdziesięciu lat na karku książka wciąż może być uznana za dość świeżą.

P. S. Tak na marginesie. “Szlak…” to druga książka ostatnio przeczytana przeze mnie w języku Szekspira. Przyznam się szczerze, że często sięgałem do słownika lub wyszukiwarki, bo było dużo odniesień do popkultury amerykańskiej oraz mnóstwo nieznanych mi wyrażeń. Ciekawi mnie jak poradzili sobie polscy tłumacze z Phantom Press, ale nie aż tak bardzo, by sięgnąć po polskie tłumaczenie.

Ursula K. Le Guin “Słowo “las” znaczy świat”

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Ursula K. Le Guin "Słowo las znaczy świat"

Dobra wróciłem. Ależ miałem tydzień moi kochani. Konferencja w Warszawie od środy do piątku, sobota to odjazdowy w Krakowie, a w niedzielę impreza rodzinna w Łodzi. Po prostu szok! Nawet nie miałem kiedy napisać o książce, którą przeczytałem w drodze do Warszawy. Idąc za ciosem będzie to kolejna Ursula i kolejna książka zaliczana do cyklu Hain.

Opowiem Wam o fabule troszkę. Bo to ważne jest jeśli chodzi o powieści fantastyczne. Uniwersum Hain, ziemska kolonia na Nowej Tahiti. Ziemianie kolonizują planetę, która niemal w całości pokryta jest lasem. I oni sobie to drzewo wycinają i wysyłają na Ziemię, bo na Ziemi nie ma już drzewa, wielu rzeczy na Ziemi nie ma. Zwierząt też już nie ma, oprócz szczurów. Ziemia to betonowa pustynia, na której zdarzają się klęski głodu. Ale na szczęście są statki kosmiczne, które Ziemianie skwapliwie wykorzystują do kolonizacji planet „we” kosmosie. Nowa Tahiti to raj, cieplutko, zwierzątka bardzo podobne do ziemskich (i są żywe a nie sztuczne), świeże powietrze, ciężka praca i wyzwanie skolonizowania nowego świata. Czyż nie jest to marzeniem każdego mężczyzny? Przybyć, zobaczyć, wyciąć, zwyciężyć? Zrobić z pięknego świata przytulny dom bez zwierząt, bez lasów za to z betonem i skażonym środowiskiem. Na Nowej Tahiti ludziom w zrealizowaniu ich celu nie przeszkadza nic, nawet tubylcza ludność, która znacznie różni się od Ziemian, lecz wykazuje cechy humanoidalne. „Stworzątka” bo tak określają miejscowych Ziemianie wykorzystywane są bez litości do ciężkich prac, ich wioski są  palone, kobiety gwałcone (zadziwiające, że choć Ziemianie brzydzą się „stworzątek” i uważają ich za coś podobnego do małp to jednak kobiety gwałcić można). I tak sobie kolonizują tę Nową Tahiti ćpając, rąbiąc las, paląc wioski, (można powiedzieć, że robią to w klasycznym dziewiętnastowiecznym stylu). Aż do momentu, w którym pokojowi mieszkańcy Athsheanu, bo tak naprawdę nazywa się Nowa Tahiti nie przyswoili sobie od ludzi pewnej „umiejętności” czyli zabijania. Całość kończy się swego rodzaju „happy endem” choć to mocno na wyrost powiedziane. “Happy endem” dla miejscowych, ale nie dla Ziemian.

„Słowo las…” to modelowa książka opisująca cywilizację białego człowieka w natarciu. Przeniesiona w kosmos. Hiszpanie w Ameryce Południowej, Anglicy w Indiach czy Afryce, Australii i Ameryce Północnej, Rosjanie na swoich wschodnich rubieżach. Wszyscy oni postępowali tak samo w stosunku do miejscowych jak ziemscy kolonizatorzy w stosunku do humanoidalnych „stworzątek”. Jeden tylko członek ziemskiej ekipy zadał sobie trud poznania kultury i cywilizacji owłosionych krewniaków ludzi. Nie wyszło z tego nic dobrego, ale zazwyczaj tak bywa.

Czytałem sobie tę książkę i skojarzenia z konfliktem w Wietnamie były nieuniknione. Po pierwsze książka została wydana w 1976 roku, chwilę po skończeniu wojny w Wietnamie. Po drugie mamy na planecie las, który niczym dżungla jest nieprzenikniony i Ziemianie nie przyzwyczajeni do takiej ilości drzew czują  się zagubieni jak Amerykanie w wietnamskiej dżungli. Po trzecie miejscowi są mali jak Wietnamczycy. Co prawda nie żółci, ale za to różnokolorowi i pokryci futrem. A las na swej planecie znają jak mało kto. Jest taka scena w „Czasie Apokalipsy” w której do muzyki Wagnera amerykańskie helikoptery atakują Wietnamczyków. Totalna rozpierducha, ogień, wybuchy i ta muzyka… Czytając książkę miałem przed oczyma podobny widok. I tu również pojawia się szalony żołnierz, który ukrywa się w dżungli i walczy z tubylcami. Nie zakłada swojego królestwa jak bohater „Czasu apokalipsy” ale dla mnie skojarzenie było dość oczywiste.

„Słowo las znaczy świat” jest znacznie słabszą pozycją niż „Lewa…”. Jak dla mnie czuć upływ czasu, czuć mocne zaangażowanie autorki w ówczesne sprawy społeczne i polityczne. Analogie i metafory są bardzo oczywiste i proste jak amerykańska „way of life”. Nie podobało mi się to. Nie to żeby książka była kiepska, o nie:) Czytało się ją bardzo dobrze i szybko, po prostu widać sporą różnicę jeśli chodzi o jakość, między jej poprzedniczką z cyklu Hain.

Innym smaczkiem może być umiejscowienie w czasie jeśli chodzi o cały cykl Hain. Jesteśmy bowiem świadkami narodzin Ligi Światów oraz wynalezienia ansibla.

I na koniec scena z “Czasu apokalipsy”:

“Czas apokalipsy”

P. S. Miałem również problem z kolejnością książek. Otóż na przykład na biblionetce „Słowo las” jest piątą książką z cyklu Hain, tak samo jak w polskiej Wikipedii. W angielskiej Wikipedii na stronie dotyczącej samego cyklu to „Wydziedziczeni” są piątą książką, a „Słowo las…” dopiero szóstą. Ale już na podstronach dotyczących poszczególnych książek to właśnie „Słowo las…” jest wymienione jako następna powieść po „Lewej…”

Zamieszanie wzięło się pewnie stąd, że powieść „Słowo las…” powstała na bazie opowiadania z 1972 roku. I teraz jestem w kropce, bo „Wydziedziczonych” to ja dopiero czytam:)