Aleksander Świętochowski “Dumania pesymisty”

Tak sobie siedzę i dumam. Źródło: https://flic.kr/p/g9eRzd

Tak sobie siedzę i dumam. Źródło: https://flic.kr/p/g9eRzd

Wielokrotnie na tym blogu przytaczałem nazwisko Świętochowskiego. Najczęściej w powiązaniu z jego mądrą i wspaniałą książką Utopie w rozwoju historycznym, która dla mnie jest jak biblia (jeśli chodzi o temat utopii). Od dawna zabierałem się za inne jego książki. Wreszcie wybór padł na cienkie Dumania pesymisty. Pewnie dlatego padł, bo cienkie.

Continue reading

Co to jest? Retro zagadka fotograficzna.

Źródło: http://www.retronaut.com/2014/06/what-is-it/

Źródło: http://www.retronaut.com/2014/06/what-is-it/

Mam dla Was zagadkę:) Co przedstawia powyższe zdjęcie? Wydaje się dość przerażające. Zdeformowana twarz? Człowiek – słoń?

Continue reading

Henryk Wernic “Druga książka do czytania dla dzieci do lat 10”

Henryk Wernic "Druga książka..."

Henryk Wernic “Druga książka…”

Podczas lektury tej książeczki przeznaczonej do nauki czytania uświadomiłem sobie, że nie pamiętam, kiedy nauczyłem się czytać. Owszem pamiętam moją pierwszą samodzielnie wybraną i przeczytaną książkę (pisałem o niej tutaj), ale nie pamiętam momentu, kiedy z analfabety stałem się człowiekiem w pełni piśmiennym. nie mogę sobie tego przypomnieć za Chiny Ludowe. Mniejsza z tym. Co mnie podkusiło żeby sięgnąć po książkę do nauki czytania sprzed ponad stu laty? Zapewne to moja wrodzona ciekawość i zainteresowanie starymi wolumenami:). Co prawda do tej książeczki określenie wolumen pasuje jak kwiatek do kożucha, ale co mi tam.

Ja raczej nie czytam książek dla dzieci. Póki co własnego potomstwa nie posiadam (przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), a dzieci z rodziny i u przyjaciół widuję zbyt rzadko żeby mieć szansę zapoznać się z ich obecnymi lekturami. Sam jednak byłem dzieckiem i klasykę znam. “Druga książka…” to mocna klasyka. Tak mocna, że chyba już nieznana. I znowu Charlie ma za zadanie wydobyć z mroków i czeluści Magazynu Bibliotecznego na światło dzienne, zapomniane dziełko, zapomnianego pedagoga i napisać wkrótce zapomnianą recenzję. Ech, co za los…

“Druga książka…” składa się z kilkudziesięciu krótkich czytanek. Niektóre są wierszykami, inne zagadkami, większość to czytanki opisujące różnego rodzaju zwierzątka, w ich naturalnym środowisku mamy więc kózkę, gołąbka, jaszczureczkę, owieczkę. Jak to w książce dla dzieci. Wszystkie te czytanki niosą przesłanie jasne i proste: ucz się i pracuj, bądź miłosierny i pomagaj bliźnim. Nie kłóć się i nie kradnij, bo inaczej umrzesz śmiercią straszliwą. No dobra, może nie straszliwą, ale umrzesz. Nie znam się na dzisiejszej literaturze dla dzieci. Dla małych dzieci. Ale chyba tam tak otwarcie się nie mówi o śmierci? Chyba, że ja już jestem przewrażliwiony, najlepsze są historyjki z morałem, w stylu wróbelek schował się w gnieździe jaskółek, one zamurowały mu wejście i hultaj zmarł z głodu. Większość czytanek wygląda w ten właśnie sposób. Ładnie opisane jakieś stworzenie, miejsce, po czym następuje lakoniczny komentarz będący morałem. Do łez rozbawiła mnie historia psów z zakonu św. Bernarda, czyli Bernardynów (no shit Sherlock!). Wzruszająca historia o Barrym, dzielnym psie, który przez dwanaście lat wiernej służby w alpejskich górach, odszedł na zasłużoną emeryturę. I tak dożył swoich dni. I kiedy dożył tych swoich dni, oto co go spotkało. Przeczytajcie sami historię Barrego:

Story of Barry

Story of Barry

Story of Barry 2

Story of Barry 2

Grande finale

Grande finale

Szkoda mi się zrobiło Barrego. Jakoś tak moim zdaniem normalne zgnicie w ziemi bardziej pasowałoby do bohatera. Ciekawe czy jeszcze tam stoi na straży?

Podczas lektury rozpoznałem kilka motywów z Jachowicza, zauważyłem również, że język tych powiastek był ciut archaiczny jak na 1907 rok. Nie zwróciłem uwagi, że miałem kolejne wydanie tej książki. Niestety nie udało mi się ustalić, w którym było pierwsze. Ale na pewno sporo wcześniej.

Czy dziś te czytanki sprawdziłyby się? Uważam, że całkiem sporo z tych rzeczy po retuszu i odświeżeniu mogłoby służyć jako czytanki. Oczywiście po bardzo starannej selekcji i dużym liftingu.

Kolejna pozycja z mroków wyniesiona na światło dzienne. Misja spełniona. Charlie może spokojnie przetrzeć nos zaatakowany wielowiekowymi grzybami i odpocząć. Uff…

Po ziobrze…

Wpis będzie troszkę polityczny. Nie uszło mej uwagi, że dziś nasi “dostojni” parlamentarzyści rozpoczęli kolejną kadencję. Jest trochę przepychanek, ale ja nie o tym:) Przeglądałem dziś rękopisy Ambrożego Grabowskiego w Małopolskiej Bibliotece Cyfrowej. I natrafiłem na taki fragmencik związany z przysłowiami polskimi:

ziobrze

Jeśli macie problemy z odczytaniem, to ja służę pomocą. Pierwsze przysłowie zwróciło moją uwagę i stało się iskrą do popełnienia tego wpisu. Brzmi ono “Chciejże komu dobrze, on ci za to da po ziobrze”. Skojarzenie dla mnie oczywiste w związku z obecną sytuacją w PiS:) Prezes Jarosław chciał dobrze i dostał od Ziobry po ziobrze:) Pozostałe również są dość interesujące. “Trudna to praca, wilkiem orać”, (przekonał się o tym prezes Jarosław, któren chciał orać Zbigniewem Z. ten jednak okazał się młodym wilkiem i pokazał kły). “Na św. Krzyż, gospodarzu owce strzyż” (Tutaj żadne skojarzenia odnośnie obecnej sytuacji politycznej w Rzeczpospolitej do głowy mi nie przychodzą. Chyba, że posłowie apel potraktują uniwersalnie i zawołanie to będzie znakiem do rozpoczęcia “strzyżenia” obywateli z czego się tylko da). I na koniec najlepsze “Kto trzyma z dworem, przypłaci dupą lub worem”. Moim zdaniem to d z kropkami oznacza ni mniej, ni więcej jeno rzyć, potocznie dupą zwaną. Prezes Kaczyński i jego “dwór” powinni uważać, bo ziobrzyści, czy tam ziobryści mogą jego “dworem” wstrząsnąć i przyjdzie płacić d… lub worem. Także politycy uważajcie, bo któż nie wierzy, że mądrość ludu w przysłowiach leży?

Polecam Wam rękopis Ambrożego Grabowskiego do przejrzenia w MBC. Nosi on fascynujący tytuł “I to i owo : kwoli rozrywki nakreślone, z przypadkiem niekiedy czego innego : silva-rerum, czyli cokolwiek o czemkolwiek”. To ten Grabowski z mojego wpisu “Domy dawnego Krakowa”:) Dla mnie osobiście fascynująca jest możliwość siedzenia przed laptopem, w cieple, z herbatą pod ręką, z głośników leci Habakuk “Baza“, i przeglądania dziennika człowieka, który dawno już złożony został do grobu. Polecam Wam, już nie wiem po raz który szperanie po bibliotekach cyfrowych.

Ambroży Grabowski “Domy dawnego Krakowa”

Ambroży Grabowski "Domy..."

Ambroży Grabowski “Domy…”

Kraków, Kraków dawna stolica Polaków. Zaprawdę powiadam Wam, gród ten w swej wielkości i wspaniałości przyćmiewa wszystkie inne grody w Polsce rozłożone. Stolica dawna, przez wstrętnego Wazę swej czci pozbawiona wiele przeszła przez stulecia. To w tych murach bluszczem pokrytych oraz uliczkach moczem śmierdzących przetrwała miłość do Ojczyzny. To tu rodziły się i umierały pomysły na niepodległość. Domy w Krakowie niejedno widziały i niejednego czynu tak bohaterskiego jak nikczemnego były świadkiem.

Dlatego bardzo miłą lekturą jest wybór wspomnień Ambrożego Grabowskiego dotyczący niektórych bardziej sławnych miejsc w Krakowie. Ambroży Grabowski był jednym z szacowniejszych obywateli miasta Krakowa na początku dziewiętnastego wieku. Księgarz, kolekcjoner i historyk. On to złaził Kraków wzdłuż i wszerz. Spisując i opisując wszelkie interesujące miejsca. Jako historyk odgrzebał wiele dokumentów i przybliżył krakowianom historię ich miasta. Tak naprawdę to od niego zaczęło się zainteresowanie historią grodu Kraka. To on odkrył prawdziwe nazwisko autora ołtarza Mariackiego! Coś co jest dla nas oczywistością było zapomniane przez kilka wieków!

“Domy…” to wybór krótkich tekstów Ambrożego dotyczących charakterystycznych miejsc w Krakowie. Napisane są zwyczajnym językiem, poruszają kwestię własności kamienic, kosztów utrzymania, przy niektórych Ambroży rzuci jakąś ciekawostką. Dużo jest rysunków w tej książeczce, które obrazują stan Krakowa z XIX wieku. Dla mnie osobiście bardzo inspirująca i pouczająca lektura. Będę teraz mógł błyszczeć nieznanymi szerszej publiczności faktami. Na przykład takim: podczas pobytu króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, który zatrzymał się w kamienicy, która dziś nazywa się Pałac Krzysztofory pewien szlachcic Achacy Pisarski wracając po pijaku z jakiejś imprezy uciął głowę swojemu słudze! Dodajmy, że sługa wiernie pracował dla IMĆ pana Achacego przez szesnaście lat! Zostawił nieutuloną w żalu żonę i sześcioro dziatek. A sam pan Achacy Pisarski to nie był byle szlachetka. Jak mi mówi Wikipedia to był namiestnik województwa krakowskiego, poseł na Sejm i tak dalej. Widać, że kiedyś szlachta po pijaku potrafiła stracić głowę! (Co ja robię, miałem takie smaczki zostawić sobie na później, a tu się dzielę z Wami:)

Lektura tej książki przyjemność mi sprawiła i była interesującą w całej rozciągłości. Jedno zdanie urzekło mnie. Ambroży takimi słowami opisuje lata spędzone w jednej z kamienic przy ulicy Grodzkiej: “Przeszły owe lata, z niemi młodość moja, a pamięć ich tylko się jak sen w umyśle moim pozostała”.

Juliusz Turczyński “Powieści huculskie: tom 1”

Juliusz Turczyński "Powieści huculskie"

Juliusz Turczyński “Powieści huculskie”

Dobry wieczór moje kochane Hucuły! Wygrał ktoś lotka? I teraz właśnie szaleje z radości, przerażenia ogromną kwotą i świadom możliwości jakie pięćdziesiąt milionów złotych otwiera przed człowiekiem? Ja idąc za owczym pędem puściłem numerki, ale nie mam dylematów na co roztrwonić miliony, znaczy się nie wygrałem nic:( Nawet marnej trójczyny… Nic to! Jak to śpiewa Kazik: “pieniądze na życie, czy życie dla pieniędzy”. Opowiem Wam dziś o książce, która została napisana w czasach, gdy Dużego Lotka nie było, ale na pewno istniały różnego rodzaju Loteryje i konkursy z fantami.

Kolejna na ślepo wybrana książka z zakurzonych półek. Wybrana szybko i w pośpiechu, bo jakoś tak czułem się nieswojo, gdy spozierały na mnie pająki uzbrojone w prymitywne łuki i strzały. (Pająki dopiero zaczynają ekspansję w dolnych poziomach Magazynu. Zostały znacznie w tyle w porównaniu z innymi mieszkańcami Magazynu, ale nadrabiają ostro i coś czuję, że będzie się działo).

Nawet się ucieszyłem z wyboru, bo przecież Hucuły to modny ostatnio temat. Powrót do korzeni, odgrzebywanie dawno zapomnianych ludów, ich zwyczajów i historii. W dziewiętnastym wieku tradycje Hucułów opisywał niezmordowany Oskar Kolberg, który zwiedził dawną Rzeczpospolitą wzdłuż i wszerz. Pod koniec wieku dziewiętnastego zaczęła się również słynna młodopolska “chłopomania”. Odkrywanie przez inteligencję, literatów, malarzy, rzeźbiarzy, muzyków ludowej kultury i tradycji. “Powieści huculskie” to dwa opowiadania, które autor publikował już wcześniej, ale ze względu na ich popularność zostały one wreszcie wydane w jednym zbiorze. Pierwsza opowieść nosi tytuł “U stóp Czarnohory”. To historia miłosna huculskiej dziewczyny do jurnego chłopaka, niestety dziewczyna została wydana za mąż za starszego gazdę i chcąc być posłuszna woli rodziców odrzuca Semena. Ten nie daje za wygraną, i do niej zachodzi pod nieobecność starego. Idylla nie trwa długo, bo stary nie jest w ciemię bity i nakrywa oboje we własnej chacie. Dochodzi do szamotaniny. Młody jak to młody podczas walki zabija dziadygę. Finał historii nie jest pozytywny ani radosny: młody ginie w odmętach górskiego potoku, a dziewczyna traci rozum i spada ze skał. Ogólnie ckliwy romans, którego oprawą są piękne góry oraz gwara i trochę zwyczajów huculskich. W tym opowiadaniu zwróciłem uwagę na zapewnienia autora, że opisy gór i terenów, na których toczy się akcja autor zna z autopsji, gdyż wielokrotnie wędrował opisanymi szlakami. Oto przykład:

przykład

A tutaj dam jeszcze drugi przykład:przykład2

“Hodyna” to rodzaj górskiej nawałnicy.

Druga opowieść to zgadnijcie co?! Również ckliwy romans!! Z huculskimi chatynkami, zabobonami, wiedźmą oraz opryszkami. W skrócie chodzi o to, że we siole jest rodzinka, która dziś zostałaby określona mianem lekko patologicznej. Matka to zielarka, ojciec chodzi kraść, córka jeszcze dziewica, a synek lubi wsuwać świeżo zebrane ptaszki, lekko osmalone nad ogniem (sic!). Córeczka dziewka ładna i niewinna, na wsi się nie udziela i raczej o życiu poza chatą nie ma pojęcia zielonego. Matka nagadała jej, że ludzie źli są i tylko czyhają, aby zrobić jej krzywdę. Młodość jednak swoje prawa zna i dziewczyna zaczyna spotykać się z największym we siole przystojniachą, któren nie dość, że przystojniacha to jeszcze dziany jest niemiłosiernie (rodziciele mają owiec, bydła, i nawet kawałek lasu!). Niestety rodzicielom nie podoba się, że Maksym chce się ożenić z dziewką od zielarki. Do tego dochodzi jeszcze zazdrosny kumpel ojca dziewczyny, któremu dziewczynę obiecywano wcześniej. Chłopak robi co może, w końcu Maksyma zabierają do woja. A w tamtym okresie wojsko, to nie był wiosenny spacerek. Maksym nie wytrzymuje we wojsku i ucieka. Będąc dezerterem ucieka na Węgry. Po kilkunastu latach poniewierki wraca jednak do sioła, a tam mu rodzice pomarli, a dziewczyna… Powiem, krótko, że historia dla odmiany kończy się happy endem.

Cóż mogę powiedzieć o “Powieściach huculskich”? Czytało się je ciekawie. I choć były to romanse raczej niewysokich lotów, to widać było, że autor naprawdę poznał Hucułów i wśród nich przebywał. Najciekawszą rzeczą w “Powieściach…” była huculska gwara całkiem dobrze oddana (przynajmniej tak mi się wydaje) przez autora.

P. S. Z ostatniej chwili: Dwie osoby trafiły szóstkę!

P. S. 2 Kurczę będę jutro musiał odłożyć książkę na półkę. A co jeśli pająki będą miały już broń palną?

Stanisław Jachowicz “Bajki, Przypowiastki i Powieści”

Stanisław Jachowicz "Bajki..."

Stanisław Jachowicz “Bajki…”

Moi drodzy, chyba nie zaskoczę Was wyborem kolejnej lektury… Otóż jak dwie poprzednie ta też pochodzić będzie z zamierzchłych czasów. Tknięty opowieścią Wincentego Pola o chłopcu, który zachował polskość dzięki bajkom Stanisława Jachowicz postanowiłem te bajki przeczytać. Zagłębiłem się w czeluście przejść między regałami uzbrojony w Muchozol (nie wiem czy coś takiego jeszcze istnieje:D, ale tylko takie środki mamy na stanie w bibliotece). Wiedziałem, że aby dojść do “Bajek…” Jachowicza będę musiał przejść koło Królestwa Moby Dicka (mrówki, które zakładały tam cywilizację nauczyły się czytać właśnie dzięki “Moby Dickowi). Przekupiłem cywilizację rzucając im na pożarcie “Starego człowieka i morze” – to powinno zająć ich na jakieś dwie zimy. Książeczkę Jachowicza odnalazłem. Chciałem przeczytać w magazynie, bo gruba nie była, ale przeszkadzały mi odgłosy Wielkiej Wojny między kornikami Lenina, a skorkami Churchilla (jak się łatwo domyśleć obydwie cywilizacje wywodzą się od dzieł tych panów, które były ich kolebką). Korniki właśnie przeprowadzały abordaż na regał skorków, więc było trochę głośno od wybuchów miniaturowych bomb atomowych i dział zbudowanych z twardych okładek. Swoją drogą te bomby trochę niebezpieczne są, ktoś powinien się tym zająć, ale ja jestem tylko prostym bibliotekarzem i nic mi do tego.Wracajmy do meritum, czyli książki.

“Bajki…” Jachowicza składają się z trzech części. Pierwsza z nich to powiastki z morałem odnoszące się do kwestii wychowania dzieci. Rymy proste, przesłanie jeszcze prostsze, nie pozostawiające żadnych wątpliwości co do odbioru. Jednak w sumie bardzo dobre rady, takie zdroworozsądkowe i niczym raczej nie różniące się  od dzisiejszych porad dla rodziców czy też takich jakie możemy znaleźć we współczesnych wierszykach dla dzieci. Moim zdaniem to najlepsza część “Bajek”. Druga i trzecia część to bajki, zarówno wymyślone przez Jachowicza jak i wzorowane na zagranicznych autorach bądź przetłumaczone. Długie, nudne, męczące. Naprawdę nie podobała mi się ani jedna. Co innego takie powiastki jak ta o “Dzięcięciu i płomieniu”:

Dziecię i płomień

Dziecię i płomień

Rozsądna rada, którą rodzice stosują do dzisiaj:)

A teraz historyjka o Mundziu:)

Mundzio

Mundzio

Proste i skuteczne – dlaczego więc tak wielu rodziców zabrania dzieciom odkrywać własne pasje i własne talenty. Przecież można uniknąć wielu błędów wychowawczych, gdyby dziecku pozwolić szukać korzyści w zabawie:)

Ogólnie z bajek i powiastek Jachowicza, kilka daje radę. Należ wziąć pod uwagę, że swoje lata mają. Książka, którą ja przeczytałem była przedrukiem bajek z 1829 roku! Trochę wody w Wiśle upłynęło. Roli jaką “Bajki” Jachowicza odegrały w polskiej literaturze nie da się ocenić. Dziesiątki pokoleń młodych Polaków zasypiało przy tych bajkach czytanych im przez mamy, niańki, opiekunki, guwernantki czy kto tam dawniej się dziećmi opiekował. Należy o tym pamiętać!

P. S. Najgorsze jest to, że będę teraz musiał książkę oddać, a wciąż nie wiem jak skończyła się Wielka Wojna między kornikami a skorkami. A jeśli mrówki skończyły “Starego człowieka i morze”? Co im rzucić na przynętę? Może “Robinsona Cruzoe”?

P. S. 2 Jak pisałem o skorkach to sobie sprawdziłem, czy taka jest ich prawidłowa nazwa. U mnie woła się też na nich szczypawy. Okazało się, że nazwa jest jak najbardziej prawidłowa, ale co mnie zaskoczyło, to informacja, że skorki zwalczają szkodniki w ogrodach! Całe życie brałem te okropne, wijące się stworzenia za szkodniki właśnie, a tu się okazuje, że są one pożytecznymi owadami!

Wincenty Pol “Losy poczciwej rodziny: zdarzenie prawdziwe”

Wincenty Pol "Losy..."

Wincenty Pol “Losy…”

Kolejna książka z zamierzchłych czasów, wygrzebana przeze mnie z przepastnych magazynów mej biblioteki. Magazyny są tak przepastne, że wśród kątów nieodwiedzanych przez ludzi od stuleci, korniki, mrówki i inne owady wykształciły własne cywilizacje, i toczą między sobą boje o półki i regały.

Sam nie wiem skąd nagle u mnie ta chęć czytania starych książek, które zapomniane są. Może zapoczątkuję jakąś nową hipsterską modę. Coś w stylu: czytam książki, które przed stu laty były na topie, a dziś nikt kurwa o nich nie pamięta.

Wracamy do lektury. Wincentego Pola powinniśmy kojarzyć ze szkół. Pieśń o ziemi naszej obiła się na pewno Wam kiedyś o uszy. Wincenty Ferreriusz Pol (Ferreriusz – niezłe imię, może by tak skrzywdzić mego pierworodnego, jeśli kiedyś się narodzi i nazwać go tym imieniem, podobno pochodzi od jakiegoś hiszpańskiego świętego. Chłopak miałby już od razu gotową ksywkę: Ferrero, chodź no tutaj!) dobra wracamy do autora omawianej książki. Wincenty Ferreriusz Pol (Ferreriusz oddawaj mi swoje Ferrero! Przepraszam Was, ale naprawdę nie mogę z tym imieniem. Wiem, że to niegrzeczne, ale Wincenty się chyba nie obrazi, i w krypcie zasłużonych na Skałce się nie przewraca), a więc Pol był również znanym geografem. Jednak książka, którą przeczytałem o geografii nie jest. Jest to piękna, ckliwa, rzewna historia o miłości matczynej, miłości do Ojczyzny i podłych Moskalach, którzy zabierają dziecko matce, by je zruszczyć, ale dziecko się nie daje zruszczyć dzięki książeczce do nabożeństwa i bajkom Jachowicza (niezwykle popularnym w połowie XIX wieku).

Lektura tej powiastki nie trwała długo, nie zostawiła szczególnie przykrych wrażeń, ale również nie wstrząsnęła mną głęboko. Widać silne moralizatorstwo i czuć niechęć autora do zaborców (skądinąd zupełnie uzasadnioną).  Uwaga spoiler! Na koniec tego zdarzenia prawdziwego Staś, który uniknął zruszczenia wraca do matki, zrzuca mundur carski i spotyka autora bajek, czyli Jachowicza, który ucieszony jest niezmiernie, że jego powiastki uratowały polskość chłopca. Nie będę wnikał, czy autor książki nie dokonał tutaj konfabulacji. Działo się to dawno i wtedy wszystko było możliwe. Ogólnie wrażenia po lekturze nawet pozytywne.

Odkryłem kilka ciekawych słów podczas lektury: traktyernia, trzymać konie na przeprzążkę –to takie staropolskie wyrazy. Może ktoś odgadnie co znaczą, bo ja wiem:) Jeszcze jedno spostrzeżenie: autor nie pisze o Rosjanach, cały czas tylko Moskale, moskiewski język, moskiewski mundur. Rzuciło mi się to w oczy podczas lektury.

Teresa Jadwiga “Odnowiciel: powieść dla młodzieży”

Odnowiciel

Odnowiciel

Wychowanie patryotyczne młodzieży w teraźniejszych, niespokojnych czasach częstokroć wymaga od pedagogów zwielokrotnionego nakładu sił. Chwalebne są wszelakie wysiłki dążące do wzbudzenia w młodych patryotycznych uczuć. W dobie przemian, gdy postęp i cywilizacya znoszą dawne obyczaje, warto oprócz wychwalania koleji żelaznych, żeglugi napowietrznej, zacząć szerzyć patryotyzm, poświęcenie i miłość dla bliźniego. Takową książką, która nie tylko historyję opowiada, lecz także wartości chrześcijańskie głosi jest “Odnowiciel” Teresy Jadwigi. Teresa Jadwiga autorką jest znaną. Jej książki dla młodych głównie przeznaczone, zawsze sławią imię Polski i Polaków. W hstoryczne szaty ubrane postaci głoszą pochwałę cnót i honoru. Nie inaczej historyja przedstawioną jest w “Odnowicielu”. Namby zdawać się może, że “Odnowiciel” to starożytne dzieje narodu naszego, lecz autorka dzięki dobrej organizacyi językowey i zabiegom literackim skutecznie przybliża młodzieży pierwotne dzieje państwa Polan. Los syna Bolesława Chrobrego Mieczysławem zwanego i państwa jego, które ku upadkowi się chyli okazyją jest do poruszenia kwestyi narodu i wiary. Autorka doskonale wpaja młodzieży dzisiejszej, która dla swych dążności i celów, zapatrzona jest jedynie w dobrobyt i materyalną cywilizacyi stronę, ideały jakimi są miłość do ojczyzny i bliźniego swego. Powtóre autorka żywą i barwną literą opisuje świat Słowian, przodków naszych. Podsumowując – “Odnowiciel” to pozycyja wartościowa i mogąca wzbudzić szczere zainteresowanie młodzieży naszej.

Dobra dość tych marnych prób literackich z mojej strony. Zauważyłem ostatnio, że coraz częściej skłaniam się ku starej literaturze. Nie wiem jakie są tego przyczyny. Być może ułatwiony dostęp do starych czasopism i książek związany z pracą. Akapit wyżej starałem się opisać książkę pani Papi Teresy Jadwigi językiem jej współczesnych. Teraz opowiem Wam o moich wrażeniach. Pani Teresa Jadwiga to swego czasu, a dokładniej pod koniec dziewiętnastego wieku, dosyć popularna autorka książek dla dzieci i młodzieży. Dziś zapomniana. “Odnowiciel…” został wydany w 1899 roku.

Książka pisana była “ku pokrzepieniu serc”, dotyczy okresu panowania Mieszka II oraz jego syna Kazimierza zwanego później przez potomnych Odnowicielem. Powiastka owa napisana prostym językiem ma nieść podstawowe wartości takie jak wiara chrześcijańska, miłość do Ojczyzny, miłość do rodziców. I tyle. Autorka trochę liznęła wiedzy historycznej, trochę ładnie ubarwiła opowieść i jak na dziewiętnasty wiek i jako lektura dla młodych panien w sam raz będzie.

Cóż mogę rzec po lekturze, nie czytało się tego jakoś bardzo źle, ale jak historyja nam pokazała pani Papi Teresa Jadwiga drugim Sienkiewiczem nie została. Podczas czytania lekko rozbawiony zawsze byłem, bo styl pisania – kwiecisty i potoczysty wywoływał u mnie uśmiech na twarzy.

Jacek Dehnel “Fotoplastikon”

Jacek Dehnel "Fotoplastikon"

Jacek Dehnel “Fotoplastikon”

Moja pierwsza książka Jacka Dehnela, pisarza o dobrej, ugruntowanej pozycji jeśli chodzi o polski i nie tylko świat literacki. “Fotoplastikon” to ponad sto mini opowieści, wariacji snutych przez Dehnela na temat starych fotografii, których Dehnel jest namiętnym zbieraczem i kolekcjonerem.

Większość fotografii pochodzi z przełomów wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Zdjęcia te mają kolory sepii, często są zniszczone, bo losy tych fotografii zapewne bywały pogmatwane. I właśnie losy tych fotografii oraz losy ludzi przedstawionych na tych fotografiach Dehnel próbuje nam opowiedzieć. Zdjęcia są różne, przedstawiają różnych ludzi – wszystkie łączy jedynie wielka niewiadoma. Niewiadoma, którą Dehnel stara się rozwikłać w bardzo interesujący sposób. Jego miniatury literackie na temat każdej fotografii są zastanawiające. Sto miniatur, sto różnych zdjęć. Niektóre teksty zachwyciły mnie bardzo, inne zdenerwowały, bo uważałem, że Dehnel podąża zupełnie nie w tą stronę. Autor książki potrafił jednak wydobyć emocje ze zdjęć, które praktycznie od ponad stu lat były martwe. Martwe, bo krewni już dawno nie żyli, bo wojna wyczyściła wszelkie rodzinne powiązania, albo wojna sprawiła, że zupełnie przypadkowi ludzie stali się właścicielami zdjęć, których nie powinni mieć w posiadaniu.

Dehnel stara się przy całej swojej erudycji, wykształceniu – poznać te zdjęcia. Poznawanie tych zdjęć niekoniecznie musi oznaczać bezapelacyjną akceptację tego co się na nich dzieje. Czasem miałem wrażenie, że autor drwi z  postawy sfotografowanych ludzi, że ma z nich niezłą polewkę. A przecież nie przystoi, minęło tyle lat, takie fotografie wymagają przecież nabożnego podejścia, a tu taki Dehnel się nabija i często robi to w sposób zajebisty. Przecież ludzie na fotografiach nie mają szans żadnych na obronę. Ich kości już dawno spróchniały i tylko te fotografie jako mgnienie przeszłości po nich zostały. Niektóre teksty odbierałem też jako takie popisywanie się Dehnela, że czego to on nie wie, i jakie ma zajebiste skojarzenia i jakże on głęboko potrafi spojrzeć na zdjęcia. Takie małe grafomaństwo. No ale może przemawia przeze mnie zwyczajna zazdrość bo koleś jest tylko starszy ode mnie o cztery lata i uznanym pisarzem już jest.

Osobiście nie rozumiem pasji pana Jacka do zbierania starych fotografii, które nie mają z jego przeszłością nic wspólnego. Ale po lekturze “Fotoplastikonu” na pewno dwa razy się zastanowię albo przynajmniej przyjrzę jakimś fotografiom w stylu vintage.

Polecam książkę, bardzo miła lektura, przenosi nas w dawne czasy, pozwala nabrać dystansu do nas samych, do naszego życia, które tak naprawdę nie różni się niczym od życia ludzi z fotografii. Rządzą nami te same prawa natury, te same namiętności złe i dobre. Dehnel jest świetny właśnie w wydobywaniu tych namiętności.