Jednym z plusów czytania kilku książek na raz (a często tak robię) jest kończenie tych kilku książek równocześnie. Tak się stało i tym razem, po Nowaczyńskim, a może nawet przed skończyłem książkę Galsworthy’ego.
„Ostatniego stoika” wziąłem z wystawki książek w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Krakowie. Ot, to był taki impuls. Zainteresowała mnie okładka, jakiś starzec z cygarem, który wygląda jakby był nieźle zjarany. Nazwisko pisarza nic mi nie mówiło (przyznaję się do tego, dopiero teraz sprawdziłem, że przecież Galsworthy napisał Sagę rodu Forsyte’ów, był też laureatem Nagrody Nobla). Biję się w piersi za mą ignorancję i obiecuję poprawę. Tytuł także przykuł moją uwagę. Coś tam człowiek kojarzy z filozofii stoickiej.
Cienka książeczka ukazała się w tak zwanej serii Koliber wydawnictwa „Książka i wiedza”. Nie przypominam sobie bym coś z tego czytał wcześniej. I muszę przyznać, że patrząc na pozostałe tytuły wymienione z tyłu na okładce seria wzbudziła moje zainteresowanie.

Zdjęcie Kiki z książką. Niestety było pozowane, na plus kotce trzeba przyznaćo, że nie uciekała przed książką:)
Ale wróćmy do powieści. To historia sędziwego, bogatego mieszczanina pana Sylvanusa Heythorpa, który jest prezesem Wyspiarskiego Towarzystwa Żeglugi w Liverpoolu (ot taki przypadek, a przecież Wam ostatnio pisałem o tym mieście). Pan Prezes jest starcem, który już sam praktycznie nie może chodzić. Jego dni wydają się policzone, ale uparty staruch wciąż trzyma całe Towarzystwo żelazną ręką. Jego obecne życie to wspomnienia lat młodości, gdy pił, hulał, szastał pieniędzmi, zyskiwał i tracił fortuny. Prowadził bardzo hulaszcze i rozwiązłe życie.Teraz sam nawet z fotela wstać nie może, a jedyne przyjemności to dobre jedzenie i kieliszeczek porto. Prezes ma również długi finansowe, mieszka z córką dewotką, a poza tym utrzymuje wnuki (dziewczynę i chłopca) i żonę jego syna, którego spłodził podczas romansu sprzed lat.
Ta jego nielegalna rodzina, o której nie ma pojęcia nikt z „towarzystwa” jest jedyną radością w życiu starca. I choć sam ma ogromne długi, decyduje się na ostatni przekręt by zabezpieczyć byt wnuczętom. To jego jeden z niewielu dobrych, bezinteresownych uczynków. Całe swoje dotychczasowe życie myślał tylko o sobie, a ludzie byli dla niego jedynie albo przeszkodą w osiągnięciu celów, albo środkiem do tych celów osiągnięcia.
Książka jest bardzo dobrze napisana, niestety nie w porywający i wciągający sposób. Posiada swoisty rytm, który może odrzucać czytelników przyzwyczajonych do nagłych zwrotów akcji i dynamicznych scen. To krótka opowieść o umieraniu, starości, chciwości i niewinności. O tym żeby ze sceny zejść niepokonanym. To również krytyka mieszczańskiego stylu życia w Wielkiej Brytanii początków dwudziestego wieku. I znów natykam się na książkę, która krytykuje hipokryzję i chciwość elit. I po raz kolejny – nic się nie zmieniło w dzisiejszych czasach. No poza tym, że lud ma lepiej.
Ostatnie strony to przecudny opis sybaryckiej uczty w wykonaniu starego Heythorpa. Hedonizm i kulinarna rozpusta. Jak żyć to pełną gębą (dosłownie i w przenośni), jak umierać to z pełnym brzuchem i flaszką ulubionej brandy pod ręką.
To było interesujące doświadczenie literackie. I z chęcią zanurzyłbym się w pisarstwo Galsworthy’ego, ale nie wiem czy kiedykolwiek starczy mi czasu.







koczowniczka
Onibe
charliethelibrarian