Dzień dobry! Gdy piszę te słowa Dzień Zwycięstwa jeszcze nie był świętowany, ale mam nadzieję, że Ukraińcy pokażą putlerowi, gdzie jego miejsce (w najgłębszej, najgorszej norze). Trzymam kciuki za huczne świętowanie!

A teraz do rzeczy – znów książka przeczytana bardzo dawno temu. I znów posłużę się notatkami, bo nic innego nie mam, oprócz mglistego przekonania i jakiś wspomnień :)

„Od razu piszę sobie i czytelnikom, którzy zajrzą do tego miejsca kiedyś, że nie miałem żadnych oczekiwań co do tej książki. Została mi ona wręcz wciśnięta.

I naprawdę połowa tej książki to była bardzo dobra jazda bez trzymanki. Mocno nieoczywista, mocno odjechana, a jednocześnie niepokojąca i w sumie się człowiek nie spodziewał takiego przez moment dobrego i mocnego pierdolnięcia, które zaistniało, wybrzmiało, a później to już z górki jakość czytania spadła diametralnie.

Miałem wrażenie, tak jakby autorowi siadła wena i z dobrze zapowiadającego się mrocznego thrillera stworzył opowieść o… a nie będę Wam spoilerował drogie Czytelniczki i Czytelnicy, ale naprawdę słaba ta końcówka była. I przyniosła zdecydowane rozczarowanie skądinąd całkiem sprawnie napisaną książką. Szkoda potencjału zmarnowanego.”

To notatek tyle, ale moje odczucia po tym czasie od przeczytania książki zgadzają się z tym co napisałem – książka skręciła w stronę, która totalnie mnie nie zainteresowała i autor spłycił cały dość misternie przygotowywany grunt.

