Czasem w mej pamięci z przeczytanych dawno temu książek zostają jedynie krótkie fragmenty, które zostały się niczym spiżowe posągi w mych szarych komórkach, na wieczną rzecz pamiątkę. I często odświeżając sobie książkę praktycznie nie pamiętam z niej nic i z niecierpliwością czekam, aż natrafię na ten fragment, który nawet po tylu latach wciąż świeżością w mojej głowie pachnie i z wyrazistością olbrzymią staje przed oczyma duszy mojej.
Po przeczytaniu wpisu Fraa o “Przestrzeni! Przestrzeni!” Harrisona postanowiłem spełnić złożoną w komentarzu obietnicę i odświeżyć sobie książkę Harrisona. A jako, że ostatnio polubiłem czytanie po angielsku to książka wylądowała na moim czytniku właśnie w tym języku.
Nie będę Wam opisywał scen, który wryły mi się w pamięć. Powiem Wam tylko, że ogólna atmosfera książki, ów świat roku 1999, w którym Nowy Jork wyglądał jak zatłoczone miasta krajów Trzeciego Świata, a zamieszkiwało go 35 milionów ludzi wciąż była żywa w pamięci, upał, racjonowanie wody i żywności – ogólnie beznadzieja i smród.

Za to co się nie zostało w głowinie mej zubożonej przez alkohol o szare komórki to fabuła, akcja, bohaterowie. Czytałem książkę niemalże tak jakbym ją czytał pierwszy raz. Może duże znaczenie miał też fakt, że czytałem po angielsku?
Wracając do książki. Nasz rok 1999 był chyba jednak zacznie fajniejszy niż ten wymyślony przez Harrisona. I dobrze. Bo nowe milenium w “Przestrzeni! Przestrzeni!” zapowiadało się bardzo, ale to bardzo do dupy (nasze wcale lepiej się nie zaczęło, ale nie było tak źle jak w książce). Głód, choroby, nędza, bieda, zniszczone środowisko i brak zasobów. Ludzkość ledwo zipie i za bardzo wyjścia z sytuacji nie potrafi znaleźć. Harrison nakreślił dość ciekawą wizję społeczeństwa amerykańskiego, które po złotych latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych stoczyło się na dno. Wielkie ulice Nowego Jorku zapełniają riksze i ciągnięte przez siłaczy “ciężarówki”, drapacze chmur pustoszeją, a w kamienicach ludzie gnieżdżą się jak szczury. Taka wizja musiała mocno przemawiać i wciąż przemawia do Amerykanów, bo “Przestrzeni! Przestrzeni!” jest bardzo popularną książką. Rozpędzony konsumpcjonizm i nadmierna płodność nie pożarły na szczęście jeszcze naszej planety, ale to nie znaczy, że jej nie pożerają.
Harrison zawarł w swojej książce nasilające się w latach sześćdziesiątych lęki o niekontrolowany rozrost ludzkiej populacji. Na szczęście dla ludzkości środki antykoncepcyjne stały się łatwo dostępne i pozwoliły wielu ludziom uniknąć bardzo poważnych błędów. Antykoncepcja oraz aborcja (temat, który jest bardzo trudny po dziś dzień) rozpalała społeczeństwo amerykańskie właśnie w latach sześćdziesiątych do czerwoności. Nie dziwię się więc Harrisonowi, że postanowił wyłożyć w swej książce kawę na ławę i ustami Sola skrytykował ludzi sprzeciwiających się upowszechnieniu środków antykoncepcyjnych. Sol był głosem autora, który domagał się opamiętania zarówno wśród zwykłych, szarych obywateli jak i wśród władz. Idea tak zwanego Planned Parenthood przez jednych określana jako zbawcza dla populacji, a przez innych sprowadzana do niemalże najbardziej odrażających praktyk eugenicznych hitlerowskich Niemiec, przyczyniła się do wzrostu świadomości wśród biedniejszych warstw amerykańskiego społeczeństwa. Link do Wiki, o Planned Parenthood, bo nie chce mi się grzebać bardziej. Cała książka jest również przesiąknięta niechęcią do administracji, do władzy państwowej, do ludzi stojących na stanowiskach, posiadających władzę i pieniądze. Ich nie obchodzi los maluczkich, oni dają sobie świetnie radę, a kurczące się zasoby wszelakie i tak skonsumują, bo mogą.

Ludzkość i Ziemia w książce “Przestrzeni, przestrzeni!” są zmęczone, bardzo zmęczone. Ledwo dyszą i wydaje się, że nie ma nadziei na jakikolwiek dobry i ciekawy finisz.
I chociaż prognozy Harrisona co do liczby ludzi pod koniec dwudziestego wieku prawie się sprawdziły (szacował globalną populację na ponad siedem miliardów, plus minus dziesięć lat to i tak nieźle ). To jednak w zdecydowanej większości planety chyba nie jest tak źle. I nie chcę się zagłębiać w szczegóły, bo sam teraz mógłbym z biegu wymienić rejony świata, gdzie ludzie umierają z głodu, ale nie jest to celem mojej wypowiedzi. Ludzkość zintensyfikowała uprawy, wynalazła kilka rzeczy ułatwiających dbanie o środowisko i chcę wierzyć, że ludziom zależy na dobru starej, poczciwej Mamuśki Ziemi.

Dla mnie książka wciąż ciekawa ze względu na tematykę, bo szczerze mówiąc akcja, bohaterowie, no może oprócz Sola tacy trochę drewniani. Czytało się dobrze i bez większych problemów. To jest jednak Harrison i ja bardzo, ale to bardzo go lubię.
Takie linki sobie znalazłem. Oczywiście to tylko malutki wycinek do problemu kontrolowania populacji ludzkiej:
http://www.impatientoptimists.org/Posts/2012/06/Imagine-a-World-Without-Contraception



Cyfranek
charliethelibrarian
Agnes
charliethelibrarian
Agnes
Agnes
Charli
Agnes
Agnes
charliethelibrarian
Pingback: Harry Harrison "Rebelia w czasie" | Blog Charliego Bibliotekarza