Dobry dzień, dobry wieczór czy jak tam Wam pasuje, o której porze ten wpis przeglądacie. Dzisiaj będzie o książce, której proweniencji w moich zbiorach nie jestem w stanie określić. Znaczy się nie mam zielonego pojęcia w jakich okolicznościach nabyłem, zdobyłem ten egzemplarz. Czy przykuła mą uwagę okładka, trochę taka postapo. Czy może tytuł, który nawiązuje do Wellsa i też brzmi trochę jak koniec świata, czy też może fakt, że to książka zagramanicznej autorki (przynajmniej po imieniu można tak sądzić). Nie wiem moi drodzy i nie jestem w stanie Wam powiedzieć skąd. Za to Wam opowiem o wrażeniach po…

1898 „Wojna światów”. Autor James Vaughan
Taki oto groteskową literę T znalazłem tutaj: https://www.flickr.com/photos/bibliodyssey/albums/72157619418214187. Giacomo Paolini pod koniec wieku XVI coś takiego naskrobał.

To na razie tyle mojego śledztwa. Przy okazji wpisywania nazwiska Garztecka, wyszła mi postać Juliusza Garzteckiego, który tłumaczył „Dobry Omen”, a sam był AKowcem, później agentem bezpieki, fotografem. Ogólnie mocno antypatyczna postać. Koleś w 1945 przekazał archiwum kontrwywiadu AK w ręce UB, ujawniając wszystkich znanych sobie pracowników II Oddziału AK. A później donosił na socjalistyczną opozycję do UB. Nie wiem czy Grażyna Garztecka ma coś z nim wspólnego, internetowe śledztwo tego nie potwierdza.

Bardzo ciekawa notka.

Choć wpis „biograficzny” na okładce wspomina o mężu Jay Wolfe Graynor (Juliusz Wilczur – Garztecki?), ale to jednak za mało i zbyt nikły trop żeby powiązać te dwie osoby.

Ta praca zatytułowana „Maria Grotesque” autorstwa Geoffrey Meyer-van Voorth nieźle oddaje wrażenia po lekturze książki. Normalnie coś Cię strzela.

Wracając do książki. Nie będę się rozpisywał. To jest gniot. Mocno groteskowy, oblany sosem surrealizmu gniot. Te wszystkie zabiegi stylistyczne, niby ironiczne, sarkastyczne komentarze o końcu ludzkości i tak dalej i tak dalej mają za zadanie przykryć badziew totalny. Abstrakcja wydumana, inne wymiary, krasnoludki na golasa biegające i dziwna fantasmagoryczna podróż, która ma chyba dotyczyć sensu życia, tego co z nim robimy, ale to się zupełnie nie klei. I podejrzewam tutaj wpływ środków różnych, ale one wcale nie przyczyniły się do poprawy tego bubla. Czytanie autentycznie bolało, ale nie dlatego, że autorce udało się poruszyć jakieś struny w prostej duszy Charliego, oj nie. Czytanie tej książki to przedzieranie się przez coraz bardziej odjechane i dziwne akcje. Nie polecam. A to, że czasem się trafi jakiś dobry bon mot czy stwierdzenie wcale tej książki nie ratuje.

Comments (1)

  1. Zorro

    Odpowiedz

    Oj, pamiętam tę sytuację! Z autopsji 😉 Tzn książki nie czytałem ale pamiętam jak zjechano ten proceder w prasie branżowej. Bo AŻ tak powszechne to jednak nie było. Tak z pamięci to jeszcze był Owen Yeates, czyli chyba Dębski czy ktoś taki, no i Robert Stratton, czyli rzecznik Jaruzelskiego niejaki Wiesław Górnicki. Ale fakt, pamiętam czasy kiedy nic co polskie się nie sprzedawało, a wszystko co anglobrzmiace ludzie brali jak świeże bułeczki. Drapieżny kapitalizm po polsku 😁
    Pozdrawiam Karolu!

Leave a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Connect with Facebook

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.