„Półeczka Syzyfa” maleje, może nie w oczach, ale na pewno systematycznie i powoli co jak na mnie i tak jest sukcesem. Odbywa się to kosztem innych działalności no ale czasem człowiek musi inaczej się udusi. A im mniejsza półeczka tym mniejszy stres. Dzisiaj o książce, która dla mnie jest odkryciem, bo film oczywiście kojarzę, ale książkę dopiero od jakiegoś czasu. I wziąłem ją wypożyczyłem i wziąłem byłem ją przeczytałem.

Co dostajemy – na pewno ewidentny pierwowzór filmu, gdyż niektóre sceny, dialogi i atmosfera została żywcem przeniesiona do scenariusza filmowego, ale też w drugiej części książki jest trochę na poważniej. Dezerterzy nie mają ciągle tylko wesołych przygód – głównie głowią się jak przetrwać w chylącym się ku upadkowi cesarstwie i nie zostać rozstrzelanym za dezercję. Dużo też piją i to im przysparza wciąż nowych kłopotów. Kombinują jak mogą, aby uniknąć aresztowania. Pomaga im w tym ich wrodzona inteligencja, buta i odwaga. A także znajomość procedur i wykorzystywanie machiny biurokratycznej, której opieszałość, indolencja i ogólna martwota pozwalała setkom dezerterów wałęsać się po kraju, ale gdyby wpadli to mieliby przechlapane, bo to pluton egzekucyjny od razu.
Znajdujemy też w książce pewne pierwiosnki zmian obyczajowych – w Budapeszcie w knajpach i restauracjach obsługują kelnerki, bo mężczyźni na wojnie. Co prawda narażone są na mało wyrafinowane zaczepki żołnierzy, ale świetnie sobie radzą z amantami.

Nie ma co porównywać na przykład do książki, którą też całkiem niedawno wrzuciłem, czyli „Monarchii…”, bo tamta to publikacja naukowa, a książka Sejdy to powieść z wątkami biograficznymi. W ogóle książka była hitem wydawniczym w latach międzywojennych. Później przez biografię autora, który został po wojnie w Niemczech i raczej nie sprzyjał komunistom jego twórczość została zapomniana, a wróciła za sprawą filmu na chwilę, by znów zostać pominięta (takie mam wrażenie).

A to naprawdę dobra, zabawna i momentami bardzo poważna opowieść o upadku Austro – Węgier, o głupocie wojny, o korupcji, o maruderach i totalnym rozkładzie państwa. Gdzie cwaniaki i złodzieje opływają w dostatki podczas, gdy szaraczki wysyłani są na front, gdzie giną milionami. I jest w powieści scena przerażająca: komisji wojskowej, która WSZYSTKICH biorących udział w oględzinach wysyła na front. Prawdziwe mięso armatnie, które nawet chwili nie przetrwa. A wszystko w oparach absurdu, groteski, degrengolady i pseudo gadek o Ojczyźnie, Cesarzu i obowiązkach obywatela. Wszystko pic na wodę.

Książka kończy się optymistycznie, bo Cesarstwo przestało po prostu ot tak istnieć, a każdy ze słowiańskich łazików zaangażował się w walkę o swoje miejsce na Ziemi. Jak im wyszło historia pokazała.
To naprawdę dobra książka i polecam ją gorąco. Przed filmem, czy po filmie. Chociaż nie wiem czy istnieje osoba, która dorastała w latach dziewięćdziesiątych i filmu nie kojarzy.
Książka jest napisana prostym, barwnym językiem. Dużo wtrętów z języków obcych, głównie niemiecki slang wojskowy, ale na szczęście jest słowniczek. I tutaj też (o tym pisałem u siebie na Fejsbuku) trafiłem na pierwowzór sceny z „Jak rozpętałem II wojnę światową” co Franek podaje swoje trudne do wymówienia nazwisko. Wydaje mi się, że Sejda chyba był pierwszy.
Polecam gorąco każdemu czytelnikowi. I wbrew pozorom to nie jest polski Szwejk – ta książka ma swój inny klimat.


